główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów dla autorów warsztaty archiwum   english version
Ewa Łukaszyk

Ogród i Pustynia.
O sztuce dobrego życia intelektualnego

     I.

     W Wędrówkach włoskich Eliadego, pośród zwykłych zapisków z podróży, dotyczących miejsc, ulotnych doznań, zaobserwowanych scenek, cen za biszkopt, szklankę wody i tuzin kartek pocztowych, można też znaleźć dziwny urywek, datowany na 28 kwietnia 1928 roku i zatytułowany: "W Tivoli, w towarzystwie erudytów"[1]. Tym dziwniejszy, że na koniec pojawia się w nim wyznanie: "Tytuł tych zapisków jest bałamutny. Nie pojechałem do Tivoli z uczonymi biorącymi udział w kongresie, gadatliwymi i ciekawskimi. Pojechałem tam w pojedynkę"[2]. Kim więc jest to towarzystwo cieni, jakie młody Eliade wlecze po salach i ogrodach willi Hadriana? Czy uciążliwym echem codziennych doświadczeń, które właśnie w tej epoce rodzącego się faszyzmu, w jaki Eliade pozostanie uwikłany, mają tak uciążliwie zbiorowy, umasowiony charakter? Czy raczej wyrazem silnego pragnienia intelektualnego obcowania, mogącego stać się odtrutką dla tej natarczywej i pospolitującej obecności, na której wpływ młodzieniec jest nieustannie wystawiony?
     Duża część zapisków Eliadego z Włoch stoi przecież pod znakiem grupy - szczeniackiej, irytującej, rozpraszającej. Podczas zwiedzania galerii weneckiej Akademii notuje:

     Obok mnie mój kolega z Mołdawii jest niezadowolony. Ze wzgardą przypatruje się obrazowi przedstawiającemu nimfy:
- Fajne kobitki, no nie?
Jest niezadowolony, odkąd znaleźliśmy się w Wenecji[3].

     Świadomość bycia wśród barbarzyńców, podszyta być może wstydliwym podejrzeniem samego siebie o bycie barbarzyńcą, ma więc znaleźć przeciwwagę w lepszym, bogatszym rodzaju obcowania. Na tle męczącej rzeczywistości, jaką mogła być wycieczka młodych Rumunów do Włoch wyłaniają się, niczym cenne klejnoty, spotkania z uczonymi. Młodzieniec pokłada w nich nieproporcjonalny kapitał wyobraźni, oczekuje wielkich intelektualnych spełnień:

     Późne popołudnie na dalekim rzymskim przedmieściu, droga zagubiona wśród platanów. Z duchem poruszonym przez cienie wiecznego miasta, przez aromaty akacji, szukałem domu przyjaciela, zarazem mistrza i powiernika[4].

     To nieustanne poszukiwanie wielkich postaci, ta wieczna antycypacja niezwykłego, poruszającego spotkania prowadziły do skutków nie zawsze fortunnych, jak choćby w późniejszym portugalskim spotkaniu z Salazarem. Dokładnie trzynaście lat po wycieczce do Włoch, w zapiskach datowanych na 28 kwietnia 1941 roku, Eliade nadal gotów jest do tej samej żarliwości, a pod jego piórem wyłania się ten sam rodzaj na wpół lirycznej, na wpół podniosłej ekscytacji, gdy opisuje moment publicznego wystąpienia Salazara. Choć ledwie udaje mu się dojrzeć profil portugalskiego dyktatora, Eliade odnotowuje frapujący go detal. Kiedy tylko Salazar się pojawił, z góry zaczęto wysypywać kosze czerwonych i żółtych płatków różanych; wkrótce potem w zamyśleniu bawił się kilkoma płatkami, jakie pozostały na balustradzie[5]...
     Można tu dosłuchać się czegoś na kształt zbyt wielkiej gotowości do fascynacji, nadmiernej chłonności, która nieustannie szuka jakiegoś obiektu. To żarliwe pragnienie wyjątkowego spotkania kryje się za groteskową sytuacją Eliadego wpatrującego się w profil Salazara tonący w powodzi płatków róż. A jednak, czy niefortunność duchowych inwestycji tego rodzaju wynika tylko z pomyłki faszyzujących inspiracji, z kontekstu, z trucizny czasów, której nie sposób uniknąć? A może da się wysunąć tezę bardziej radykalną: że prawie wszystkie spotkania są chybione, a myśliciel niemal zawsze pospolituje się w kontakcie ze światem? Młodzieńcza gorączka Eliadego, wiecznie szukającego mistrzów i wielkich ludzi w nadziei, że kontakt z nimi coś przed nim otworzy lub wewnętrznie go przemieni, mogłaby zapewne okazać się schorzeniem, z którego wielu nie wyrasta aż do końca życia. Być może jest ono powracającym każdej wiosny atawistycznym pragnieniem, by ujrzeć uwieńczonego herosa, mistrza lub przywódcę w apoteozie, wśród dziewcząt sypiących płatki kwiatów. Pokusa obcowania nigdy nie wygasa, nawet jeśli raz po raz prowadzi do rozczarowań i pomyłek. Niełatwo o znalezienie odpowiedniego partnera, ale być może nie w tym rzecz. Może kluczowego elementu sztuki życia intelektualnego należałoby upatrywać nie w trafnym rozegraniu relacji z innym, lecz raczej w poskromieniu pokusy - w umiejętności wycofania się ze świata i mądrego rozegrania własnej samotności?
     Dobra samotność nie jest dana; musi zostać wypracowania, osiągnięta, przy czym dla wielu okazuje się to zadaniem ponad siły. Ucieczka w głąb siebie, koncentracja na indywidualnym dziele, nie jest wcale łatwym kluczem pozwalającym na uniknięcie brukającego kontaktu z saeculum, światem rzuconym na pastwę historii. Pośrodku Pustyni, echo świata trwa nadal, zwielokrotnione i wzmocnione aż do granic obłędu, niczym we Flaubertowskim obrazie Kuszenia świętego Antoniego, gdzie ucieczka z Miasta nie przynosi oczyszczenia, lecz przeciwnie, zwielokrotnienie żądz, impulsów i społecznych instynktów. Uciekający na Pustynię niesie ze sobą zarodki skażenia, kiełkujące w pustce i ciszy. Samotność pustelnika owocuje więc nie kontemplacją metafizycznej Jedni, lecz obrazem powszechnego dyssensu, swoistą wizją szalonego sympozjum i sympozjonu. Bazylikę wypełnia szczelnie tłum heretyków reprezentujących wszystkie możliwe zapatrywania i orientacje. Intelektualna i duchowa fragmentacja osiąga na koniec stadium orgii:

     Audianie wypuszczają strzały w kierunku Diabła; kollyrydianie rzucają niebieskie zasłony w kierunku sufitu; askyci padają na twarz przed bukłakiem; marcjonici namaszczają trupa olejkiem. Jakaś kobieta przy Apellesie, by lepiej wyjaśnić swą ideę, pokazuje okrągły chleb w butelce; inna kobieta, wśród sampseanów, rozdaje, niczym hostię, pył ze swoich sandałów. Na usłanym różami łożu markozjan dwoje obejmujących się kochanków[6].

     Wróćmy jednak do młodego Eliadego kroczącego - w towarzystwie erudytów, choć właściwie całkiem samotnie - przez "wielkie, zimne i nagie sale" willi Hadriana w Tivoli. Zestawienie z Antonim Flauberta jest mniej przypadkowe niż mogłoby się wydawać. Eliade również mierzy się z kuszeniem, z doświadczeniem Pustyni, na której staje sam na sam z widmami, które go zamieszkują.
     Zstąpienie po schodach, z platformy na platformę, wodotryski. Ucieczka do ogrodów jest czymś na kształt wyłamania się z rozdyskutowanej zbiorowości. Jest to zarazem poddawanie się sile grawitacji ściągającej w dół i oszołomienie roślinnymi aromatami, zapuszczanie się w plątaninę i gąszcz. Wyłania się skarpa, zerwanie w strukturze przestrzeni. Oznacza ona wyniesienie ponad pejzaż zwykłego życia: w dole i w oddali "ogorzali od słońca wieśniacy prowadzą swe ciężko objuczone muły po pylnych drogach, między pagórkami pokrytymi przez sady i winnice"[7]. Uskok ustanawia przestrzeń innego życia zajętą przez intelektualne ogrody.
     Ogrody Tivoli są odwrotnością nie tylko sadów i winnic, ale też odwrotnością Pustyni. I podobnie jak zmysłowa pełnia wytryska w Kuszeniu świętego Antoniego z samej esencji Dezertu, tak też i tutaj wszechobecność wody, kaskad, sadzawek, kadzi i wodotrysków niesie przeczucie swojego przeciwieństwa. W miarę jak postępuje narracja i błądzenie młodego Eliadego w ogrodach, narasta również pragnienie ich przekroczenia: "Chciałem stargać nić łączącą ogrody z moim wzrokiem"[8]. "Szmer wszystkich źródeł" niesie być może równoległą pokusę wyschnięcia, suchości, niezaspokojonego pragnienia. Następuje dezintegracja, pulweryzacja podmiotu: "dusza rozpada się na kawałki, na proch, zaczem sadowi się w oczach, oczy zaś podnoszą się"[9]. Pylenie, pustynnienie, rozpad kamienia w piasek staje się warunkiem jakiegoś nowego ruchu w górę.
     "Raptem - pisze Eliade - dał się słyszeć chóralny śpiew". Rozlega się słodka melodia, zapowiadająca festyn, arystokratyczne święto, sympozjon. Pojedynczość samotnego wędrowca rozpada się w wielość, w zbiorowość, w grupę, w jakieś "my" odzywające się chóralnym śpiewem, w wielość biesiadników. Wyłania się więc towarzysko-intelektualna okazja: "I w tejże chwili, jak to na takim przyjęciu, wszyscy zaczęliśmy chodzić tu i tam i rozprawiać w ożywieniu". Staje się ona natychmiast balem maskowym, na którym toczy się społeczna gra: "Nasze stroje upokarzały nas, więc wytwornością gestów staraliśmy się nadrobić brak bogatych toalet"[10]. Pośród erudytów nic już nie jest autentyczne.
A jednak Eliade jest w Tivoli sam. Biesiada, chóralny śpiew, intelektualna uczta rozgrywają się koniec końców w indywidualnym umyśle. Cały kongres uczonych jest zaledwie dziwnym snem pojedynczej jaźni.
     Mniej więcej w tym samym czasie Fernando Pessoa wszczynał podobną grę z samym sobą, rozpadając się nie na wielość dyskutujących między sobą erudytów, ale na chór poetyckich głosów, jakby pragnął sam jeden, jako supra-Camoes, stworzyć całą literaturę narodową dla swoich czasów, czy też, jak to określa George Steiner, "nową lizbońską szkołę poezji", której byłby jedynym przedstawicielem[11]. W tej dorosłej zabawie samotnego dziecka wyłania się wszakże wieczna pokusa mistrza, jakim dla Pessoi miał się stać Alberto Caeiro. Tęsknota znajduje więc pośrednie spełnienie w wyobrażonej relacji, jaką Ricardo Reis i Álvaro de Campos pragną utrzymywać z Caeiro, uznając się za jego uczniów.
     Alberto Caeiro, ów archetyp mistrza, jest postacią, której nieodparty urok polega na swoistym zapośredniczeniu relacji między Reisem i Camposem, Bloomowskimi "późno urodzonymi", a Ogrodem. Caeiro, jako bukoliczny pasterz (Guardador dos Rebanhos) żyjący w stanie bliskim naturze, ma możliwość bezpośredniego wglądu w tajemne życie roślin, a także rzek, żywych wód, w całą tę akwatyczno-florealną istotę Ogrodu. Wywiedziony z dekadencji późnego antyku Reis, podobnie jak dekadentysta-futurysta Campos, ma do niego dostęp już wyłącznie za pośrednictwem mistrza.
     Myśliciel zależy od źródłowości, od wielości źródeł. Obraz bujnych ogrodów Tivoli jest z pewnością doskonałą metaforą ogrodu intelektualnego, bujności posplatanych gąszczów idei. To miejsce pełne. A jednak trzeba trzymać w szachu źródło, nie dać się zalać. Z drugiej strony wyłania się więc konieczność Pustyni jako miejsca pustego. Jej suchość to wolność od źródeł stwarzająca szansę na ab-oryginalność, absolutne zaczęcie od początku, brzemienne obietnicą wszystkich nie pomyślanych jeszcze możliwości, tego, co jeszcze-nie-ustanowione. Pustynia wnosi pokusę nowej kosmogonii. Tęsknota za powrotem do illo tempore, czasu kreacyjnych początków, a więc czasu sprzed miałkości historii, to myśl bardzo bliska Eliademu. Pessoa umiejscawia to samo na planie estetycznym, marząc choćby o stworzeniu poetyki nie-arystotelesowskiej. Kusi go futuryzm jako ruch szukający jakiejś sposobności absolutnego początku, zaczęcia od zera, choćby za cenę brutalnego opróżnienia muzeów. A jednak taka sposobność, mimo historycznych paroksyzmów pierwszej połowy XX wieku, w końcu się nie nadarzyła.
     Może illo tempore można osiągnąć tylko w pojedynkę, poza historią, nie uciekając się do dróg na skróty? Rozpad i koncentracja jaźni, metafora zstąpienia, gra opozycji góry i dołu (gdy zindywidualizowany podmiot Eliadego schodzi w dół, a chóralny śpiew wzywa w górę) rysują określoną przestrzeń możliwości. W tkance Ogrodu otwiera się więc szczelina, przez którą wyziera Pustynia, wolne miejsce na oscylację: góra - dół, puste - pełne, skoncentrowane - rozproszone, pojedyncze - wielorakie.
     Sztuka dobrego życia intelektualnego, jak się zdaje, nie polega jednak na wyborze którejkolwiek z opcji, ale na zdolności do nieustannej oscylacji. A więc Derridiańska chora, wieczne rozmycie, rozkład prawdopodobieństwa między biegunami. Nie chodzi zatem o ucieczkę z Miasta i zamieszkiwanie Pustyni, ale o wieczne krążenie pomiędzy nimi. Dobrze żyjący podmiot intelektualny pozostaje więc w kondycji zasadniczo nie-lokalnej, nie-zlokalizowanej, w wiecznej odmowie rozgoszczenia się i zamieszkiwania. W szczególności nie jest więc mieszkańcem wieży z kości słoniowej. Nie zamieszkuje też na stałe, wzorem niektórych żebraków, placu publicznego. Jego posłannictwem jest wieczne umykanie i nieuchwytność, bytowanie pomiędzy, w zawieszeniu, żywot nomadyczny, wymykający się kodyfikacji, ustaleniu, a także źródłowości krążącej w zamkniętym obiegu wodotrysku.

     II.

     Pragnienie intelektualnych ogrodów próbuje się raz po raz urzeczywistniać. Sama idea uniwersytetu wyrasta przecież z próby spełnienia tej wiecznej tęsknoty za obcowaniem. Nieustannie organizuje się sympozja i sympozjony, prowokuje, z mniejszym lub większym skutkiem, intelektualne orgie. Wszelkimi dostępnymi środkami stymuluje się transfer, wymianę, splatanie, zapylenie krzyżowe. Współczesny uczony jest nieustannie zachęcany do gremialności.
     W Mityngach myśli David Damrosch daje satyryczną wizję zarówno tej sytuacji zbiorowej, jak i indywidualnej, tej nawiedzającej jednostkę pokusy myślenia w grupie. Bohater tej powieści, uczony komparatysta, jest ogarnięty nieodpartą potrzebą organizowania jakichś paneli, debat, zbiorowych projektów. Oczekuje, że pozwolą one na osiągnięcie syntezy, jaka wymyka mu się jako indywidualnemu badaczowi. Grupa ma więc pomóc w tym, z czym nie potrafi się zmierzyć jako jednostka. Ale wszystkie panele kończą się fiaskiem; spodziewana nowa jakość wcale się nie wyłania. Kongres erudytów jest w rezultacie czymś mniej, a nie czymś więcej, niż sumą jego uczestników. Jednak ostateczna porażka nadchodzi wówczas, gdy bohater dowiaduje się, iż grupa przyjaciół (których nazwiska, dziwnym trafem, składają się z tych samych liter, a zarazem są anagramami nazwiska samego autora) "złożyła się" na jego dorobek naukowy:

     - Tak naprawdę wygłosiłem ten referat za ciebie - powiedział radośnie Vic. - Ale chyba nikt nie zauważył różnicy... Gdyby zapytali, miałem powiedzieć, że jesteś chory i czytam referat za ciebie, ale takie pytanie nigdy nie padło. Po prostu przyszedłem i powiedziałem przewodniczącej sesji, że jestem tu, by wygłosić referat o Keatonie, a ona wskazała mi miejsce na podium. Wywnioskowałem, że uważa, że jestem tobą[12].

     Działalność intelektualna, zamiast stać się tym, co indywidualizuje i wyróżnia jednostkę, utknęła na dobre w rozpanoszonej gremialności. Na wielkim, międzynarodowym kongresie dowolny prelegent jest pod każdym względem zamiennikiem innego prelegenta. Niepowtarzalność i wyjątkowość myślenia utonęła w akademickiej nadprodukcji. Ta ostatnia rozrosła się na podobieństwo nieprzeniknionej, splątanej gęstwiny, gdzie nie sposób już dochodzić, kto jest w rzeczywistości autorem czego, kto wygłosił referat, a kto go tylko odczytał w zastępstwie chorego kolegi. Damroschowski kongres jest kulminacyjnym stadium Ogrodu, w którym tryska wiele źródeł, a ich wody zlewają się, mieszają i w końcu wszystko zalewają.
     Narasta więc pokusa Pustyni. Wśród powtarzalności i nadmiaru rośnie tęsknota za miejscem, gdzie niczego jeszcze nie ma, gdzie wszelkie działanie mogłoby odpowiadać pierwotnej konieczności. Tymczasem okazuje się jednak, że Pustynia nie jest dostępna; Ogród rozpanoszył się, stał się światem zduszonym przez nadmiar. Uczynienie wolnego miejsca, opróżnienie choćby skrawka przestrzeni rysuje się więc jako najbardziej paląca potrzeba. Niezbędnym elementem staje się intelektualna destrukcja, gumka Rauchenberga oferująca powrót do ab-oryginalnego stanu potencjalności, ucieczka od wielomowności w elipsę, a wreszcie izolacja i radykalne osamotnienie. Im bardziej rozrasta się tłum rojący się na międzynarodowych konferencjach, tym aktualniejsze staje się wyzwanie samotności i dzieła osobistego.
     Aż dziw bierze, że opcja Pustyni nie jest promowana z większą gorliwością. Jednak na ucieczkę w elipsę pozostaje niewiele miejsca w epoce stojącej pod hasłem "Publish or perish". Akademicka biurokracja nie znosi pustki, pustynnienia, wyschniętego źródła, ponieważ nie dysponuje kluczem pozwalającym odróżnić wymowne zamilknięcie mędrca od zacinania się głupca, pustki pełnej od pustki pustej. Nie dostrzega więc i nie uwzględnia sensu zamilknięcia intelektualisty, ani istotności jego milczenia.
Wszystko to rzecz jasna jest aż nadto zrozumiałe. System nie może przecież dopuszczać i uwzględniać tego, co poza- i anty-systemowe. Czymś aktualnym pozostaje wszakże arystokratyzm życia intelektualnego i usuwanie się w przestrzenie poboczne w stosunku do miejsc zamieszkiwanych przez tych, którym społeczeństwo płaci za myślenie. Erudyci są urzędnikami, starają się być zawsze tam, gdzie spodziewamy się ich znaleźć. Tymczasem prawdziwe życie intelektualne toczy się gdzie indziej: niezasiedziałe, nieuposażone, poza kontrolą.

     III.

     Dobre życie intelektualne wymaga nieustannego ponawiania transgresji. Jako sztuka pracowicie budowanego osamotnienia rysuje się jako występek przeciw naturze, skoro natura człowieka skłania go do życia w zbiorowości. Niezliczone impulsy leżące u podstaw psychiki ludzkiej popychają jednostkę do nieustannego renegocjowania swoich relacji z innymi, a wykluczenie z grupy sprawia niemal nieznośny ból. Instynkt stadny korzeni się w człowieku głęboko. Człowieczeństwo wyłania się przecież z impulsu chronienia się w grupie i z instynktu komunikowania grupie wszystkiego, co tylko wyda się istotne jednostce. Ten wewnętrzny przymus przekazania nowości, odkrycia, innowacji jest bez wątpienia najgłębszym fundamentem kultury.
     A jednak życie intelektualne można zarazem zdefiniować jako transgresję i jako redefinicję, przekraczanie granic człowieczeństwa danego jako stan przyrodzony i jednocześnie pracowite stawanie się człowiekiem inaczej. Jednym z istotnych wymiarów tego życia trans-ludzkiego jest poszukiwanie i konstruowanie samotności, stanu nie-naturalnego, postrzeganego zwykle jako źródło cierpienia. Dla myśliciela samotność, skarpa ponad sadem i winnicą, staje się wszakże nowym sposobem życia ponad naturą, wyznacza wymiar zerwania nie tyle z innymi ludźmi, co przede wszystkim z uwarunkowaniami samej kondycji ludzkiej. Do pewnego stopnia, życie mędrca jest życiem nie-ludzkim., wystającym poza zwykłe granice egzystencji.
     Eliade i Pessoa, od których wyszliśmy, żyli w niewesołych czasach. Kondycja stadna rozrastała się i umacniała w postaci fali faszyzujących sympatii. Można by sądzić, że w takich miejscach i czasach zadanie samotności jest ważniejsze, że na jednostce ciąży zwiększony obowiązek przełamania uwarunkowania przez zbiorowość. Wydawać by się mogło, że współczesny zachodni uczony rozpadający się na heteronomiczną grupę (David Damrosch, Vic d'Ohr Addams, Marsha Doddvic i Dov Midrash, D.C.A.) nie jest postawiony przed wyborami o podobnym ciężarze jak te, do których zmuszało ubiegłe stulecie. Jego gremialna egzystencja ma z pozoru lekki, niezobowiązujący i nieszkodliwy charakter. Być może jednak w gruncie rzeczy gra toczy się ciągle o jedną i tę samą stawkę.
     Nie da się myśleć w grupie. Myślenie jest osobistym i indywidualnym ryzykiem, w którym człowiek nie może się schronić za innymi. Wszelkie wsparcie jest jedynie iluzją. Dotyczy to również tak kuszących tęsknot za mistrzem dostarczającym spolegliwego wzorca, legitymizującym intelektualne przedsięwzięcie. Gest powołania się na innego, na poprzednika lub na uznaną tradycję wynika z nieustannej pokusy zrzucenia odpowiedzialności. Ale tymczasem okazuje się, że cytowanie stało się już niewykonalne, cudzysłów utracił swoją moc. Przytoczenie i powtórzenie oznacza nieodwołalne wzięcie na siebie, obarczenie się daną ideą. Nie można już odczytać referatu chorego kolegi - każda taka operacja będzie powodowała, że odczytujący utożsami się z prelegentem. Nadmiar umowności skończył się załamaniem. Odtąd możliwe jest tylko przyjęcie wszystkiego na serio, w takiej formie, jaka niesie ze sobą, bez możliwości odcięcia, całą pełnię performatywnej skuteczności.
     Oznacza to zatem kolaps Ogrodu i wyjście na Pustynię. Gąszcz załamuje się pod własnym ciężarem, tworząc puste miejsce, a w nim z kolei każdy gest wywołuje lawinę zaistnienia. Na Pustyni nic nie uchodzi niezauważone.
     Wysiłek dobrego życia intelektualnego ustanawia specyficzną topologię, mieszczącą się na środkowym marginesie, Nie ma go rzecz jasna na płaszczyźnie karty, która jawi się dzisiaj jako zapisana szczelniej niż kiedykolwiek. Pusty margines nieustannie uskakuje prostopadle, poza płaszczyznę, rozwijając się w dodatkowy, odrębny wymiar na kształt wibrującej struny lub brany czasoprzestrzennej.
     Ten wymiar dobrego życia jest więc zakotwiczony w miejscu i czasie, a zarazem położony poza własną teraźniejszością. Istnieje w momencie, ale i poza momentem. Znajduje w nim bowiem swój punkt początkowy, ale rozwija się w bok i w głąb. Wplątany w historię, umyka historii, uchyla się od niej. Jest nieustannym illo tempore - w niemożliwej komunikacji z czasem początków wiecznie działających we wszelkim bieżącym stawaniu się. Jest zarazem niepokojącą obietnicą zniszczenia stwarzającego miejsce na nowe dzieło, Agambenowską "stycznością z ruiną"[13], którą młody Eliade przeżył w Tivoli.


[1] Mircea Eliade, Przyczynki do filozofii renesansu. Wędrówki włoskie, przeł. I. Kania, Warszawa, Wydawnictwo KR, 2000, s. 149-153.
[2] Ibidem, s. 153.
[3] Ibidem, s. 84.
[4] Ibidem, s. 153; ("U Ernesta Buonaiutiego").
[5] Mircea Eliade, Moje życie: fragmenty dziennika 1941-1985, przeł. I. Kania, Warszawa, Wydawnictwo KR, 2001, s. 12.
[6] Gustave Flaubert, Kuszenie świętego Antoniego, przeł. P. Śniedziewski, Warszawa, Wydawnictwo Sic!, 2010, s. 84.
[7] Eliade, Przyczynki..., op. cit., s. 150.
[8] Ibidem, s. 152.
[9] Ibidem, s. 151.
[10] Ibidem, s. 152.
[11] George Steiner, Lessons of the Masters, Cambridge - London, Harvard University Press, 2005, s. 57.
[12] David Damrosch, Mityngi myśli, przekład zbiorowy, Kraków, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2011, s. 194.
[13] Giorgio Agamben, "Czym jest współczesność", w: Nagość, przeł. K. Żaboklicki, Warszawa, W.A.B., 2010, s. 23.

do góry









































strona 1








































strona 2








































strona 3








































strona 4








































strona 5








































strona 6








































strona 7








































strona 8








































strona 9

główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów dla autorów warsztaty archiwum   english version