główna anthropos? teksty autorzy recenzenci koło naukowe archiwum
Dobrosława Wężowicz-Ziółkowska
Uniwersytet Śląski

O skalaniu umysłów. Przełamywanie tabu[*]


Biblijna, a ściślej, nowotestamentowa przypowieść, nosząca miano "przypadku gadareńskich świń"[1], w swym oryginalnym źródle (Ewangelie), sytuuje się pod tytułem "Uzdrowienie opętanego" i brzmi następująco:

I przypłynęli do kraju Gergezeńczyków [Gadara nad jeziorem Genezaret – DWZ], który leży naprzeciw Galilei. Gdy wyszedł na ląd, wybiegł Mu naprzeciw pewien człowiek, który był opętany przez złe duchy. Już od dłuższego czasu nie nosił ubrania i nie mieszkał w domu, lecz w grobach. Gdy ujrzał Jezusa, z krzykiem upadł przed nim i zawołał: "Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Błagam Cię, nie dręcz mnie!" Rozkazywał bowiem duchowi nieczystemu, by wyszedł z tego człowieka. Bo już wiele razy porywał go, a choć wiązano go łańcuchami i trzymano w pętach, on rwał więzy, a zły duch pędził go na miejsca pustynne.
A Jezus zapytał go: "Jak ci na imię?" On odpowiedział: "Legion", bo wiele złych duchów weszło w niego. Te prosiły Jezusa, żeby im nie kazał odejść do Czeluści. A była tam duża trzoda świń pasących się na górze. Prosiły go więc [złe duchy], żeby im pozwolił wejść w nie. I pozwolił im. Wtedy złe duchy wyszły z człowieka i weszły w świnie, a trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i utonęła.
Na widok tego, co zaszło, pasterze uciekli i rozpowiedzieli to w mieście i po zagrodach. Ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Przyszli do Jezusa i zastali człowieka, z którego wyszły złe duchy, ubranego i przy zdrowych zmysłach, siedzącego u nóg Jezusa. Strach ich ogarnął ("Ewangelia" wg św. Łukasza 8,31 – 33, wg św. Marka 5, 11 - 13)

Przesłanie tej pouczającej przypowieści, wbrew temu, co narzuca się w pierwszej, standardowej interpretacji, nie tyczy tylko cudownych, oczyszczających zdolności Nazarejczyka, zwanego Jezusem, choć, bez wątpienia, z racji miejsca, w jakim ją pomieszczono, stanowić winna i stanowi zapewne ich świadectwo.
Dla wielu współczesnych badaczy idei, budujących swoje koncepcje w obrębie wciąż jeszcze niedomkniętego paradygmatu "trzeciej kultury"[2], jest to również wzorcowa przypowieść o ścieżkach transferu, drodze przekazu, ale i naturze informacji kulturowej, pojmowanej jako specyficzny, acz zupełnie zgodny z jej prawami, produkt ewolucji organicznej, czyli mem.
Dla znacznej części tych badaczy, dodajmy, jest to przypowieść o podstawowej wręcz drodze szerzenia się idei - zarażeniu, oraz biologicznych i społecznych skutkach takich infekcji, przy czym, warto zastrzec od razu, terapia zastosowana nad jeziorem Genezaret, a polegająca na uwolnieniu opętanego umysłu od natrętnej idei przez przekazanie jej innemu nosicielowi (tu: stadu pasących się świń), nie zyskuje 100% potwierdzenia w empirii, ani pełnej akceptacji w teorii. Zyskuje je, natomiast, zarażanie.
W "Przedmowie" do książki Susan Blackmore, "The Meme Machine" (wydanie polskie: "Maszyna memowa", Rebis, Poznań 2002), wydanej w 1999 roku, a więc w trzydzieści trzy lata po "Samolubnym genie" biologa - Richarda Dawkinsa, sam sprawca całego "memetycznego zamieszania", właśnie Dawkins, napisał:

Wprowadziłem pojęcie memu w ostatnim rozdziale książki, która w przeciwnym razie musiałaby robić wrażenie poświęconej wyłącznie wychwalaniu samolubnego genu jako kluczowego elementu ewolucji, podstawowej jednostki doboru naturalnego, jedynego bytu w hierarchii życia, który odnosi korzyść z wszelkich tworzonych przystosowań. Istniało ryzyko, że moi czytelnicy mylnie przyjmą, iż muszą to być geny w sensie cząsteczek DNA. Tymczasem istnienie DNA jest sprawą przypadku. Prawdziwą jednostką doboru naturalnego jest dowolny replikator, jakikolwiek twór podlegający kopiowaniu ze zdarzającymi się od czasu do czasu błędami oraz mający pewien wpływ na prawdopodobieństwo swego powielenia [...] Zadowoliłoby mnie więc, gdyby mem po prostu spełnił swe zadanie, uświadamiając moim czytelnikom, iż gen jest tylko szczególnym przypadkiem: [...] Pierwotnym, dydaktycznym celem memu było sprowadzenie samolubnego genu do właściwych rozmiarów. Byłem nieco zaniepokojony, że tak wielu czytelników potraktowało mem jako teorię ludzkiej kultury na jej własnych prawach... [3]

Dając wiarę temu wyznaniu koryfeusza współczesnego darwinizmu, przyjąć więc musimy, że w 1976 roku, kiedy po raz pierwszy pojawiała się teoria samolubnego genu ("The Selfish Gene", Oxford: Oxford University Press, 1976), nikomu jeszcze nie przychodziło do głowy wyjaśnianie kultury poprzez teorię replikatorów.
Jednakże już w 1980 roku, cztery lata po "Samolubnym genie", John Bonner, również etolog, opublikował pracę podejmującą dialog z Dawkinem, w której zdecydowanie podkreślił użyteczność tej koncepcji, eksponując jednakowoż ewolucyjną asymetryczność genów i memów ("The evolution of culture in animals", Princeton University Press).
W jego przekonaniu memy zależą od genów i całej mózgowej maszynerii, bez której nie mogłyby w ogóle zaistnieć, natomiast memetyczna ewolucja nie przebiega dokładnie podług darwinowskich praw ewolucji biologicznej. Wiąże się to, przede wszystkim, z różnicą w tempie i szlaku przekazu informacji genetycznej i pozagenetycznej. W przypadku genów jest to transfer pokoleniowy i z tego względu zachodzi wolno - od pokolenia do pokolenia, podczas gdy w przypadku informacji pozagenowej szlak ten nie obowiązuje. Przekaz zachodzi tu pomiędzy dowolnymi, częstokroć nie spokrewnionymi osobnikami, w czasie niemożliwym do osiągnięcia przez geny. Tylko pokoleniowe nabywanie kultury, charakterystyczne dla społeczności tradycyjnych (młodzi uczą się od starych, dzieci od rodziców) może być porównywalne do genetycznego przekazu informacji. Jest to jednak, w odniesieniu do transmisji treści kulturowych, tylko jedna z możliwych dróg replikacji memów, na dodatek dawno już zarzucona; dla genów to droga jedyna.
Bonner sprecyzował też, na własny użytek, definicję memu jako: "jednostki informacji przekazywanej między osobnikami za pomocą specyficznych zachowań"[4]. Wyeksponował w niej interosobniczy aspekt replikacji, kładąc nacisk na formy transmisji, pomijając natomiast analogię genetyczną. Tej właśnie definicji bliska jest definicja memu, zamieszczona w Oxford English Dictionary z 1992 roku, gdzie mem to: "Element kultury, który można uważać za przekazywany drogą niegenetyczną, szczególnie przez naśladownictwo"[5].
Słownik uszczegóławia więc Bonnerowskie "zachowania", wskazując na naśladownictwo i wracając poniekąd do wczesnych rozstrzygnięć Richarda Dawkinsa, również akcentującego imitację i dowodzącego, że: "Memes are units of cultural transmission eg. tunes, ideas, catch phrases, clothes fashions, ways of making pots or of building arches"[6].
Te dwie definicje dzieli nie tylko dwanaście lat copyright'ów, ale również rozległa strefa wytężonych dociekań, żmudnych analiz i błyskotliwych rozstrzygnięć, naprawdę szerokiej rzeszy biologów, genetyków, etologów, psychologów ewolucyjnych, filozofów, językoznawców i antropologów. W latach dziewięćdziesiątych dołączyła do nich znacząca grupa socjotechników, specjalistów od reklamy i publice relation's, a także coraz liczniejszych dyskutantów zgromadzonych wokół internetowej listy dyskusyjnej grupy alt. Memetics, od 1997 roku stowarzyszonej z publikowanym w Internecie czasopismem "Journal of Memetics Evolutionary Models of Information Transmission".
Nie sposób przedstawić w tym miejscu wszystkich stanowisk memetycznych, ważących na obecnym kształcie memetyki, o której Mariusz Biedrzycki, autor pierwszej polskiej prezentacji tej teorii, nie waha się powiedzieć za Richardem Brodie, iż jest to "model rzeczywistości, usiłujący w jednoznaczny sposób opisać ewoluującą ideosferę - scenę kulturowej ekologii"[7]. Aktualnie, zresztą, interesuje nas tylko jeden jej nurt, postrzegający proces kulturowej komunikacji jako specyficzną formę infekcji memetycznej.
Pozostaje on znowu w ścisłym związku z biologicznymi dociekaniami Dawkinsa, tym razem jednak nie z "Samolubnym genem", lecz z jego esejem "Viruses of the Mind" (1993), poświęconym krytyce religii, a rozwijającym analogię pomiędzy infekcją wirusową, czy szerzej - pasożytnictwem - a rozprzestrzenianiem się idei w jakiejś wspólnocie. Wcześniej analogię taką dostrzegał już także Kim Eric Drexler, pierwszy w dziejach nauki posiadacz dyplomu doktora nanotechnologii molekularnej.
Zarówno on, jak Bonner, Wilson i Dawkins, są zwolennikami neurobiologicznej, mózgowej lokalizacji memów. Podobnie widzi je neurobiolog Juan Delius, dowodząc, że są to "konstelacje pobudzonych i niepobudzonych synaps w obrębie neuronowych sieci pamięci"[8]. Tego zdania są również najwybitniejsi przedstawiciele nauk podstawowych: George Williams, William Calvin, Marvin Minsky, Francis Crick czy neurobiolog Antonio Damasio, odkrywający - każdy na swój sposób - tajemnice ludzkiego umysłu.
Natomiast Drexler, całkowicie, nota bene, pomijany w literaturze memetycznej, który niemal bez zastrzeżeń przejął ideę samolubnych replikatorów Dawkinsa, potwierdzającą jego własną koncepcję molekularnych maszyn przyszłości, już w 1986 roku, we frapującej wizji "Rzeczywistości po Przełomie", zawartej w "Engines of Creation" opisał memy jako byt tak samo realny i nie budzący wątpliwości, jak geny, aczkolwiek stanowiący niematerialną formę ewolucji[9].
Są one, jego zdaniem, nie bardziej materialne niż litery na stronach powieści i podobnie jak owe litery uzyskują materialne ucieleśnienie. Idee, pamięć, osobowość i nasze "ja" mają swój neuronalny zapis w mózgu. Zmienna zachowań komórek nerwowych, wynikająca m.in. z przekazu impulsów (synapsa po synapsie) wywołuje zmianę struktur białkowych widoczną dla neurologa. Fakt, iż dotąd nie udało się jeszcze nikomu zobaczyć pod mikroskopem konkretnych neuronalnych struktur ucieleśniających konkretne idee w mózgu, twierdzi Drexler, nie powinien być powodem rezygnacji z badań nad memami - replikatorami mentalnymi. Darwin opisał ewolucję wcześniej niż Mendel odkrył geny, genetycy zaś wiedzieli już sporo o dziedziczności, zanim Watson i Crick odkryli strukturę DNA. Ludzki umysł, w ujęciu Drexlera, to niezwykle subtelna maszyna replikacyjna, daleko subtelniejsza niż proste organiczne maszyny kopiowania białek, ale nauka jest już blisko rozwiązania jego zagadki. Na razie przyjąć musimy, że replikatory myślowe są jeszcze bardziej abstrakcyjne aniżeli aparat, którym się posługują, a idee, podobnie jak geny, dzielą się, kombinują i przyjmują różnorakie formy; mogą być przekładane z języka na język, tak jak geny mogą być transkrybowane z DNA na RNA i ponownie wykorzystywane. "Nauka nie może jeszcze opisać neuronalnych wzorców, wcielających idee w mózg, dla każdego jednak jest widoczne, iż idee podlegają mutacji, replikacji i konkurencji. Idee ewoluują" - stwierdza Drexler[10].
Dobór, kombinacja, selekcja i współzawodnictwo - prawa ewolucji - obejmują więc, jego zdaniem, zarówno geny, jak i memy, których celem jest przetrwać i rozprzestrzeniać się. W tym celu właśnie zbudowały one nasze mózgi i konkurują ze sobą o umysłowe zasoby człowieka, aczkolwiek interes przetrwania ich posiadaczy jest memom - w zasadzie - obojętny. W rzeczywistości, na przykład idea "ofiary w imię czegoś" najlepiej rozprzestrzenia się przez fakt zabicia swego nosiciela (skłonienia go do złożenia tej ofiary), a więc spektakularnego pokazu mocy idei, w którym organizm gospodarza (the host) ginie, memy zaś trwają.
Ignorowanie tego rodzaju samolubności replikatorów (zarówno genów jak memów) stanowi niebezpieczną i usypiającą iluzję społeczności ludzkich, zadufanych w swoich kulturowych idolach.
W "Engines of Creation" Drexler iluzję tę stara się rozwiać, podejmując przy okazji wszystkie zasadnicze wątki memetyki, takie jak pochodzenie memów, mechanizmy ich ewolucji, strategie przetrwania, ich biologiczną i kulturową funkcję, choć bynajmniej nie deklaruje się jako memetyk. Jego zainteresowanie memami sięga głębiej niż pytania o ewolucję kultury; sięga do podstaw prawideł rządzących maszynerią tworzenia w ogóle, wiedzie na poziom molekularnej aparatury życia, której istotę stanowi autoreplikacja. W tym ujęciu memy to oczywisty, acz tylko jeden z wielu typowych przejawów działania tej maszynerii.
W Drexlerowskim, nanotechnologicznym ujęciu, sprawa replikatorowego charakteru memów jest bezdyskusyjną. Co ciekawe, podkreśla też on swoistą autonomiczność ich świata, wskazując na koncepcję umysłu sformułowaną przez najwybitniejszego współcześnie twórcę systemów sztucznej inteligencji - Marvina Minsky'ego. W jego przekonaniu ludzki umysł może być postrzegany jako swego rodzaju wspólnota, system komunikujących się, kooperujących i współzawodniczących ze sobą, ewoluujących agentów, złożony z jeszcze prostszych agentów[11]. Sprawcza funkcja jednych może ograniczać się jedynie do prostego kierowania czynnościami (typu: podnieś filiżankę); inni, o znacznie większej złożoności, kierują na przykład czynnościami mowy. Najczęściej nie dostrzegamy ich aktywności, dopóki nie nastąpią czynności omyłkowe czy przejęzyczenia, ułatwiające rozpoznanie wewnętrznego konfliktu pomiędzy nimi.
Możemy więc rozpatrywać memy jako agentów umysłu, konstytuujących się przez uczenie się i naśladownictwo[12].
Niejednokrotnie zresztą, nawet nie wspierani naukowymi teoriami, sami zastanawiamy się, skąd i kiedy zagnieździła się w naszej głowie jakaś idea, prowokująca powstanie mentalnie uciążliwego konfliktu (dysonansu poznawczego) i podobnie, jak czynili to starożytni, wierzący w istnienie geniusza, nawiedzającego (opanowującego) nasze umysły, mamy częstokroć odczucie, że idee zajmujące nasze umysły przychodzą z zewnątrz, kiedy chcą i jak chcą, czyniąc sobie z naszych umysłów prawdziwe pole walki.
Chociaż proponowane przez Minsky'ego opisywanie myślenia w terminach aktywności agentów bardziej przypomina świat Matrixa niż poważne teorie naukowe, to jednak z jądrem tej koncepcji - założeniem istnienia świata autonomicznych i wywierających swój wpływ na człowieka replikatorów mentalnych - zgadza się nie tylko wizjoner Eric Drexler, ale również filozof Daniel Dennett, biolog Richard Dawkins, psycholog Susan Blackmore i znakomita większość memetyków (reprezentowanych głównie przez biologów i psychologów ewolucyjnych, fizyków, matematyków i neurobiologów).
W "Darwin's Dongerous Idea" (1995), wspomniany na przykład Dennett, opowiada o natrętnej (podstępnej!) melodii tanga, która zaanektowała jego umysł, powracając ciągle, mimo wysiłków wyrzucenia jej z prywatnej pamięci (puli memowej). W "Unweaving the Rainbow..." o takim samym zjawisku wtargnięcia i aktywności jakichś fraz czy melodii, od których trudno się uwolnić, pisze Dawkins[13].
Także i w tym przypadku nie trzeba chyba jednak szukać oparcia w naukowych autorytetach; każdy z nas zna ów stan niespodziewanego zainfekowania przez jakieś powiedzonko, uparty refren, zbitkę słów, których pozbyć się nie sposób i wobec których jest się bezradnym, zupełnie jak nieszczęsne ofiary demonicznego specjalisty - chórmistrza z powieści Bułhakowa "Mistrz i Małgorzata", wyśpiewujące "Sławnoje morje" jeszcze w bramie kliniki psychiatrycznej profesora Strawińskiego[14].
W prezentowanych tu skrótowo "Engines of Creation", gdzie rozważana jest koncepcja samolubnego genu, który wykorzystując maszyny białek do budowania własnych kopii, szkodzi przy tym niejednokrotnie eksploatowanym komórkom, Drexler stawia znaczące dla podjętego tu memetycznego wątku pytanie: "Jeśli geny mogą być pasożytami, dlaczego nie miałyby być nimi memy?"[15].
Zgodnie z prawami replikacji (na których Drexler buduje swą wizję nanotechnologii) memy muszą działać analogicznie do genów, toteż nieobecność memów, wykorzystujących ludzki mózg dla swoich egoistycznych celów byłaby bardzo dziwna i sprzeczna z regułami ewolucji. Oznaczałoby istnienie jakiegoś niezwykłego systemu immunologii mentalnej, lepszej niż systemy obronne budujących nas białek. Takiej super-immunologii jednak, jak dowodzi Drexler, nie ma i być nie może. Pasożytnicze memy bezspornie istnieją, tak jak wirusy, które rozmnażają się i powielają, wypracowawszy sobie mechanizmy prowokowania komórek białkowych żywiciela do kopiowania własnego DNA. To, obok typowej replikacji na drodze rozmnażania płciowego, jedna z możliwych i bardzo skutecznych dróg autoreplikacji, doskonale opanowana przez naturę, do której my również należymy.
Spektakularne przykłady pasożytnictwa, znane doskonale parazytologii, a przytaczane także w "Fenotypie rozszerzonym" Dawkinsa, dają obecnie badaczom memów, ale też i współczesnym zwolennikom koncepcji Czerwonej Królowej[16] wiele do myślenia. Znakomita cześć badań potwierdza bowiem, słabo eksponowany dotąd w rozumieniu ewolucji fakt, iż największymi wrogami stworzeń, uśmiercającymi je i uniemożliwiającymi im reprodukcję, są inne stworzenia - pasożyty, bakterie i wirusy. W obiekcie, który nazywamy własnym ciałem, więcej jest komórek bakteryjnych niż ludzkich, a liczba bakterii, żyjących w pojedynczym ludzkim organizmie przekracza liczbę wszystkich ludzi na świecie[17]. To swoisty, trwający między organizmami wyścig zbrojeń jest prawdziwym i bezpośrednim motorem ewolucji, a nie darwinowski dobór naturalny oparty na adaptacji środowiskowej.
Na fakt ten zwrócił również uwagę filozof Daniel Dennett, gdy pisał: "Składamy się z takiego samego rodzaju automatów, jakie nas atakują - żadna specjalna aureola człowieczeństwa nie odróżnia twoich przeciwciał od antygenów, z którymi walczą; twoje przeciwciała należą po prostu do klubu, którym jesteś ty, a zatem biją się po twojej stronie"[18].
Pozostając w zgodzie z aktualną wiedzą biologii ewolucyjnej, właściwie powinniśmy w ogóle zmienić poglądy na temat naszej tożsamości i pochodzenia, nie obstając też przy przekonaniu, że wirusy to obcy "najeźdźcy" dokonujący inwazji na drogie nam nasze ciała i umysły. Budują nas one w takim samym stopniu, jak inne geny, zawierające przepisy na "nasze" białka. Spośród tych genów, zresztą, 97% to tak zwany "śmieciowy DNA", molekularny śmietnik ewolucji, zapełniający tyleż mózgi, co i ciała; spośród tych genów 97% łączy nas także z szympansem, a nawet z bananem! We właściwy sobie, obrazowy i dramatyczny sposób wyraził tę nową prawdę o człowieku Matt Ridley, pisząc: "Kto uważa, że pochodzenie od małp uwłacza jego poczuciu własnej godności, musi przyzwyczaić się do myśli, że pochodzi od wirusów"[19].
Geny pasożytującej na mrówkach przywry motyliczki (Dicrocoelium dendrictum), osiągające dojrzałość w przewodzie pokarmowym zwierząt kopytnych, zmuszają ją, na przykład, do sprzecznego z mrówczym instynktem wspinania się o zachodzie słońca na czubki traw i zamierania tam niejako "w oczekiwaniu" na zjedzenie przez wędrujące z pastwisk zwierzęta, będące żywicielem ostatecznym tego pasożyta. Dla odmiany, larwa Nematomorpha, żyjąca w ciele pszczoły, ale uzyskująca dorosłą postać dopiero w środowisku wodnym, tak manipuluje systemem nerwowym owada, że zarażony nią osobnik leci nad staw i z reguły z dużej wysokości pikuje wprost do wody, zapewniając tym samym rozmnażanie się swemu pasożytowi, choć z reguły przepłaca to własnym życiem.
Manipulowanie zachowaniem żywiciela bez względu na szkody, jakie żywiciel ów ponosi, to w świecie żywych organizmów skuteczna, czyli dobra strategia skutecznej replikacji. Pasożyty realizują ją z beznamiętną precyzją biologicznych maszyn. Dlaczego miałaby dotyczyć wyłącznie naszych ciał, a nie obejmować życia naszych mózgów (stanowiących przecież ich system centralny)? Podobnie, jak żywe komórki, tak umysły (i komputery) posiadają wszystko, czego wirus potrzebuje – urządzenia kopiującego; sam nie potrafi zbudować takiego urządzenia, natomiast perfekcyjnie opanował strategie manipulowania tym, co atakuje. Wirus wścieklizny, na przykład, "zmusza" zarażonego osobnika do szeregu aktywnych działań, skutecznie poszerzając pole swego zasięgu i przyspieszając swą replikację, zanim zarażony nosiciel przestanie być skuteczny (tzn. zginie). Zarażone nim zwierzę łasi się przyjaźnie i liże napotkanych ludzi, co - jak wiadomo - jest już groźne, ponieważ wirus jest obecny w ślinie. W ostatniej, przedagonalnej fazie, biega, pokonując znaczne przestrzenie i gryzie każdego, kogo spotyka na swej drodze. Czyż nie jest to spektakularny pokaz replikacyjnej mocy wirusa?[20]
Zauważmy, iż Richard Brodie, autor ważnego dla memetyki "Wirusa umysłu", nie odwołując się zresztą do tych przykładów, także dowodzi, iż "myślowe" zarazki są równie skuteczne i perfidne, jak pozostałe. Zwłaszcza, że - dodajmy - działają niepostrzeżenie, bez jednoznacznych somatycznych objawów (typu piana na pysku). Wykorzystując słabe punkty immunologii urządzeń kopiujących (komputerów, umysłów), maksymalnie upodabniają się do infekowanej struktury i rozpoczynają swą replikację. Ludzki mózg, genetycznie zaprogramowany na przyswajanie i przetwarzanie informacji jest dla nich doskonałą maszyną, a umysł - efekt koewolucji genów i memów, łatwo zgadza się na przyjęcie nowego pasażera, tym bardziej, jeśli robi on "dobre wrażenie", odwołując się do tych elementów (systemów) naszego "oprogramowania", które pozwoliły nam przetrwać, a więc takich jak seks, jedzenie, zagrożenie czy współpraca. Według niego memy - siły napędowe naszego życia, ułatwiały nam kategoryzację rzeczywistości, odnajdywanie związków przyczynowo-skutkowych, kojarzenie różnych elementów otaczającego świata. Zdecydowały o przewadze gatunku homo sapiens s. i jego, także przecież pasożytniczej ekspansji.
Przynajmniej od 200 000 lat, kiedy to zaczął tykać nasz mitochondrialny zegar, wzory narzędzi, informacja o zasobach pokarmowych, dane topograficzne i ostrzeżenia o zagrożeniach przyczyniały się do sukcesu hominidów. Należało tylko gromadzić informacje, przekazywać je innym, obserwować i naśladować najlepszych, być nastawionym na napływające z zewnątrz memy. Ich wartość dla przeżycia osobnika mogła być (i z reguły była) fundamentalna. Podatność memetyczna zapewniająca także sukces przetrwania genów, musiała być z tych względów genetycznie faworyzowana, co w ostateczności uczyniło z nas zwierzęta wyjątkowo łase na idee. Replikacyjny mechanizm memów (także tych rozprzestrzeniających się ze szkodą dla nosiciela), w tej sytuacji, wydaje się oczywisty.
Ewolucyjna sprawność naszych umysłów w przyswajaniu, modyfikowaniu i przetwarzaniu informacji gwarantuje nam biologiczny sukces, ale również sukces agentów naszych umysłów.
Chociaż, jak zastrzega większość memetyków, immanentne właściwości memów (w tym i wirusów umysłu), wynikłe ze stale trwającego wśród nich "wyścigu zbrojeń" oraz wypracowane przez nie strategie nie są tu bez znaczenia! Podobnie jak na genetycznym poziomie ewolucji, tak i na poziomie meta-biologicznym, wirusy umysłu tym tylko różnią się bowiem od "naszych" memów, że nie należą do "naszego klubu" i zarażają nas ideami, które nam szkodzą. Tak jak genom pasożyta manipuluje naszymi białkami, aby wykorzystać je do własnej replikacji, tak wirus umysłu wykorzystuje nasze "zasoby memetyczne", aby zająć w nich jakieś miejsce i przejechać się "na gapę" do kolejnego nosiciela. Jest nieodróżnialny od innych idei, zasiedlających i budujących nasze umysły. Wydaje się, że "pożerające" dane z naszych plików wirusy komputerowe mogą być równie dobrym zobrazowaniem tego procesu, co ubytki w tkance mózgowej, powodowane przez priony - przyczynę gąbczastej encefalopatii, zwanej chorobą Creutzfeldta-Jacoba. Jak stwierdza, cytowany tu już, sławny współpracownik Billa Gatesa - Richard Brodie: "Wirus umysłu jest czymś więcej niż tylko pasożytem, intruzem czy szalonym kopistą. Wirus jest tym wszystkim jednocześnie"[21].
W przekonaniu Drexlera, tak jak czerwie wnikają w inne organizmy, żeby rozmnażać się i replikować, tak postępują również memy, eksploatujące człowieka dla swoich celów. Wykorzystują nasze mózgi jako białkowe maszyny powielania się, co przywiodło Susan Blackmore do sformułowania jeszcze radykalniejszej tezy antropologicznej - do koncepcji człowieka jako maszyny memowej, wehikułu memów (przez analogię do wehikułu genów - człowieka i innych organizmów żywych w ujęciu Dawkinsa).
Pozostawanie we wspólnocie ludzkiej, będącej zawsze również wspólnotą idei, z wszystkimi jej dobrodziejstwami, okazuje się więc być niebezpieczne. Stale zagraża infekcją, a dalej i - epidemią, jak zwykle, gdy wiele osobników tego samego gatunku pozostaje ze sobą w stałym kontakcie. W ludzkich systemach komunikacyjnych, wciąż wzbogacanych o coraz sprawniejsze media, nawet izolacja osobnicza nie chroni nas już przed zarażeniem. Pismo, telefon, Internet, płyty, kasety, radio, telewizja - wszystkie one działają na jego rzecz.
Ustalenia bardzo skrótowo zaprezentowanej tu memetyki - biologicznej teorii replikatora kulturowego, przełamują nie tylko obowiązujące w naukach humanistycznych tabu ludzkiej podmiotowości, umysłu i wolnej woli. Nawet trwająca już od 2 tysięcy lat replikacja przykładowych ewangelicznych tekstów i idei zyskuje w ich kontekście inny, a-sakralny, a jednak wzorcowy kształt. Pozwala bowiem postrzegać się jako swoiste memetyczne zainfekowanie.
Zarażeni memem Zbawiciela we wczesnym okresie chrześcijaństwa ewangeliści spełniali swoją misję, zarażając miliony ludzi na świecie tą właśnie ideą. Ich opowieści sprowokowały prawdziwą pandemię, obejmującą miliony umysłów, której efekty widoczne są do dzisiaj, a społeczne i kulturowe konsekwencje w postaci choćby aktualnego podziału świata, doświadczane na co dzień przez wszystkich (także, a może zwłaszcza i przez tych zarażonych inną, konkurencyjną ideą, na przykład Allaha czy Jahwe).
Jednak parenetyczna przypowieść o uzdrowieniu opętanego mówi o innej jeszcze właściwości wykorzystujących nasze umysły, a chcących się rozprzestrzeniać memów.
Jak podaje św. Łukasz:

Człowiek zaś, z którego wyszły złe duchy, prosił Go, żeby mógł zostać przy Nim. Lecz Jezus odprawił go słowami: "Wracaj do domu i opowiadaj wszystko, co Bóg uczynił z tobą". Poszedł więc i głosił po całym mieście wszystko, co Jezus mu uczynił (św. Łukasz, 8,38).

Uwolniony od obsesyjnych myśli umysł, jak się okazuje, nie może pozostawać pusty. Miliony memów rywalizują ze sobą o energetyczne zasoby naszych mózgów, chcąc znaleźć w nich schronienie. Na miejsce jednych idei ("Legionu nieczystych"), wkraczają natychmiast inne, skuteczniejsze w ewolucyjnym wyścigu do nisz, którymi są dla nich nasze mózgi. To dlatego, jak dowodzi Susan Blackmore, nie możemy przestać myśleć[22].
Mało tego, nie możemy nawet przestać mówić!
Wypowiadanie "swoich" myśli nie uwalnia nas jednak od nich, chociaż czasem tak nam się wydaje (wierzył w to m.in. Zygmunt Freud, który oparł swoja metodę leczenia nerwic na wydobywaniu z podświadomości chorego obsesyjnych myśli, zasiedlających jego umysł). Jest tylko chytrą strategią walczących o replikację memów. Ono rozprzestrzenia je dalej, nie bacząc na dobro żywicieli. W najlepszym przypadku tedy zajmują one tylko nasze mentalne zasoby, wypełniając sobą nasze głowy; w najgorszym - wszczepiają nam niebezpieczne w konsekwencjach, błędne idee - samobójcze, rasistowskie, ofiarnicze lub naukowe.


[*] Poniższy tekst stanowi zmienioną i poprawioną wersję referatu wygłoszonego w grudniu 2004 roku na konferencji naukowej : Hoi Polloi. Wspólnota i retoryka, zorganizowanej przez Katedrę Literatury Porównawczej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach
[1] Por. m.in.: Richard Dawkins, Rozplatanie tęczy. Nauka, złudzenia i apetyt na cuda, przeł. M. Betley, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001
[2] "Z trzeciej kultury wypływa nowa filozofia przyrody, oparta na świadomości znaczenia złożoności oraz procesu ewolucji. Najbardziej złożone układy - czy to żyjące organizmy, mózgi, biosfera, czy cały Wszechświat - nie powstały zgodnie z żadnym z góry narzuconym projektem, lecz ewoluowały", pisze John Brockman, wprowadzając czytelnika w najlepszą aktualnie prezentację nowatorskich tendencji i wyraźnych już paradygmatycznych "przesunięć" w nauce. Ich przejawem jest kształtowanie się "trzeciej kultury" naukowej, której moc "leży właśnie w tolerancji dla sprzecznych poglądów i przyjmowaniu wszelkich nowości poważnie, dopóki nie okażą się nieprawdziwe". Zob.: Trzecia kultura , pod red. Johna Brockmana, Wydawnictwo CIS, Warszawa 1996, s. 18 i s.21
[3] Susan Blackmore, Maszyna memowa, przeł. N. Radomski, Rebis, Poznań 2002,s.19
[4] John Bonner, The Evolution of Culture in Animals, Princeton University Press, Princeton 1980, s. 32
[5] Zob. Oxford Englilish Dictionary, Oxford 1992.
[6] "Memy to jednostki kulturowego przekazu np. melodie, idee, obiegowe zwroty, fasony ubrań, sposoby tworzenia ceramiki czy wykonywania łuków" R. Dawkins, Samolubny gen , przeł. M. Skoneczny, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996 (oryginał: The Selfish Gene Oxford University Press 1976)
[7] Mariusz Biedrzycki, Genetyka kultury, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, s. 40.
[8] Juan Delius, Of mind memes and brain bugs, a natural history of culture, w: The Nature of Culture,red. A.Koch, Bochum Publikcations, Bochum 1989,s.70).
[9] Zob.Eric Drexler, Egines of Creation,Doubleday, New York 1986
[10] Ibid., s. 46
[11] (... the mind as a sort of society, on evolving system of communicating, cooperating, competing agencies, each made up of yet simpler agents....) E. Drexler, op.cit., s. 84.
[12] (Memes may be seen as agents in the mind that are formed by teaching and imitation) dowodzi Drexler.
[13] Richard Dawkins, Rozplatanie...op. cit., 292 i n.
[14] Zob. Michał Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, każde wydanie
[15] Eric Drexler, Engines.......op.cit.
[16] Teoria ewolucji jako gry o sumie zerowej, zaproponowana w 1973 roku przez paleobiologa Leighta Van Valena , zobrazowana metaforą zapożyczoną z "Alicji w krainie czarów", a głosząca, ze "Czerwona Królowa biegnie, ale tkwi w tym samym miejscu. Zmiany są, ale nie ma postępu". Teoria ta pozostaje w ścisłym związku z nową koncepcją istnienia płci jako ewolucyjnego mechanizmu obrony przed zabójczymi w swych skutkach infekcjami. Zob. Matt Ridley, Czerwona Królowa..s. 73
[17] Matt Ridley, idem, s.74
[18] Daniel C. Dennett, Natura umysłów, przeł. W. Turopolski, CIS, Warszawa 1997, s.35
[19] Matt Ridley, Genom. Autobiografia gatunku w 23 rozdziałach, przeł. M. Koraszewska, Rebis, Poznań 2001, s. 142
[20] Zob. R. Dawkins, Fenotyp rozszerzony. Dalekosiężny gen, przeł. J. Gliwicz, Prószyński S-ka, Warszawa 2003.
[21] Richard Brodie, Wirus umysłu, przeł. P. Turski, TeTa Publishing, Łódź 1997, s.71.
[22] Por. Susan Blackmore, Maszyna memowa., op. cit.......

do góry



główna anthropos? teksty autorzy recenzenci koło naukowe archiwum