główna anthropos? teksty autorzy recenzenci konkurs naukowy archiwum
Jarosław Ławski
(Uniwersytet w Białymstoku)

O interpretacji kuriozalnej

1. Cóż jest prawda...?

* A byli tam tacy, których powieszono na językach. Byli to ci, którzy szydzili z drogi sprawie-dliwych, a pod nimi płonął ogień i dręczył ich (Apokalipsa Piotra).
* Słowianie rasy międzymorskiej są więc dziś głównie dziedzicami, przedstawicielami i kon-tynuatorami rasy starożytnych ludów aryjskich (Pochodzenie i rasa Słowian).
* To, co Mickiewicz przewidział w roku 1819, zmartwychwstanie wolnej Polski i wolności w Europie przez Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, to nastąpiło w 100 lat później, w roku 1918! (Adam Mickiewicz Polska i Stany ZjednoczoneAmeryki)[1].

*

     Co za dziwne, dziwaczne zdania, opinie, cytaty! Dlaczego je przywołuję? Co je łączy? Wszystkie trzy orzeczenia w jakiś sposób urągają naszemu potocznemu doświadczeniu rzeczywistości. Zdanie z Apokalipsy sceptyk nazwie kuriozalnym lub niedorzecznym. Opinię o Słowianach naukowiec skwituje wzruszeniem ramion, bo niedowodliwa, bo zideologizowana. Nawet 24-letni Polak z polonistyczną edukacją nie słyszał, by coś łączyło jakieś widzenie Mickiewicza z 1819 roku i Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki. Naukowiec filolog określi tę "tezę" jako absurd, curiosum. Z przytoczonych zdań dwa zdają się nieprawdzie - to "słowiańskie" i to "mickiewiczologiczne", ale widać, że odnoszą się do rzeczywistości. Fraza apokaliptyczna to już monstrualny wybryk wyobraźni - i tyle... Tymczasem, w myśl koncepcji, jaką tu rozwijam, to pierwsza wizja ma jeszcze "kulturowo-semantyczny" sens, należąc do dziedziny wiary, irracjonalnych przekonań. Dwie kolejne należą już do rozważanej w niniejszym tekście klasy kuriozalnych interpretacji tekstu i świata.
     Egzystujemy w świecie, w którym kultura multiplikuje i zachowuje zarówno racjonalne, jak i irracjonalne wzorce, kody językowe, zestawy symboli. Dziedziczymy je, przekształcamy. Całość tych operacji nadaje naszej kondycji wymiar mniejszej lub większej racjonalności i przewidywalności. Co za tym idzie, nawet wyznawca najskrajniejszej ideologii, fundamentalizmu itp. - chcąc nie chcąc - zachowuje pragmatykę i proporcje racjonalnych oraz nieracjonalnych zachowań i interpretacji rzeczywistości.
     Tymczasem żyjemy też w świecie, w kulturze, którą zapełniają wypowiedzi kuriozalne. Co najciekawsze, curiosum to przecież "rzecz ciekawa", ale curiosus to już "ciekawy, chciwy wiedzy, staranny, dokładny" (ale też - sic! - "troskliwy" i "wścibski"). Kuriozalność, o jaką mi tu chodzi, należy: a) do dziedziny nauk humanistycznych; b) jest produktem racjonalnych czy raczej quasi-racjonalnych zabiegów odczytywania znaczeń, to jest interpretacji; c) ma ambiwalentny wymiar: bywa "ciekawa", inspirująca czy chociaż rozweselająca, ale może mieć też złowieszczy wymiar.
     Zajmując się interpretacją tekstów literackich, ale jeszcze częściej interpretacją cudzych interpretacji, opracowywanych redakcyjnie, nader rzadko miewam do czynienia z pracami, po których lekturze mówi się na przykład: szalone głupstwo, idiotyzm lub kuriozum. Większość autorów pozostaje w głównym nurcie poprawnego, tutaj znaczy to: umiarkowanego zaangażowania interpretacyjnego, ustalania faktów, przywołania literatury przedmiotu, przykładnego lub ostentacyjnego użycia modnej dziś metodologii, jakiegoś "-izmu", czasem rzecz sprowadza się zaś do przypudrowania archaicznych metod lub metodologicznej impotencji nowinkami znad Sekwany czy z Bloomington. Kilkakroć zdarzyło się - jednak... - bym napotkał rozprawy, które wspomnianymi epitetami szalone, kuriozalne "okrzykiwałem" natychmiast, dodając: i głupie! To były curiosa interpretacji, odczytania tekstów, a przy okazji czasem biografii, wywołujące zdziwienie, furię i śmiech.
     Prawdopodobnie każdy badacz zjawisk kultury - także lingwista, socjolog etc. - do-świadcza takich bliższych spotkań trzeciego stopnia z kuriozami. Co zastanawia, jest to zjawisko stałe, historycznie niezmienne, obejmujące różne poziomy orzeczeń o świecie nazywanych interpretacją. Przy tym zadziwia niesłychana pomysłowość kreatorów tych rarytasów egzegetycznych. Z interpretacją kuriozalną w literaturoznawstwie mamy do czynienia już właściwie od początków tej dziedziny, ale w miarę wzrostu metaświadomości, samowiedzy, metodologicznej precyzji nie tylko nie spada liczba kuriozów interpretacyjnych, ale w miarę wzrostu metaświadomości, samowiedzy, metodologicznej precyzji nie tylko nie spada liczba kuriozów interpretacyjnych, lecz - przeciwnie - wzrasta. Te najprymitywniejsze posiłkują się ideologią - nawet jakoś jest to po XIX wieku zrozumiałe: ideologizacja kultury, mity etnogenetyczne etc. Zrobić i dziś, A. D. 2007, choćby z Adama Mickiewicza lub Czesław Miłosza socjalistę, mistyka, wzorcowego katolika, Białorusina, Żyda, masona, różokrzyżowca lub wariata - zabieg to prosty w swej, że tak powiem przyrodzonej durności.
     Co bardziej wyrafinowani sięgają po "latarki Gombrowicza"[2]. Sprytniejsi kuriozum merkantylizują. Rychło bowiem docieczono, iż na ekscesach interpretacyjnych można zarobić. Tak więc choćby jeden z "badaczy" objaśnił kulturę romantyczną "z klucza" seksualnych rewelacji. Szczęśliwie pomijając twórczość romantyków, opisał ich "powinowactwa seksualne", "olbrzymią liczbę romantycznych kochanek i romantycznych kochanków", "ślepy zaułek biseksualnej zmysłowości"[3]. Nie warto tego przypadku analizować, jest prostacki. Kurioza XIX-wieczne i te z pierwszej połowy XX wieku miały jeszcze staroświecki posmak szaleństwa, kiedy ktoś ogłasza, że odkrył to czy tamto; bywało, że służyły szlachetnym ideom narodowej pedagogii. Ot, choćby w bryku dla gimnazjalistów z 1920 roku (o dziwo, mój egzemplarz był w Bibliotece OO. Redemptorystów w Wilnie) napełniony szlachetną wiarą i dobrocią autor tak interpretował arcydzieła Mickiewicza, by nie daj Boże cień cienia nie padł na Wieszcza, a oświecona (czy omroczona) dziatwa zapamiętała, że: "Kreśląc postać Wallenroda, wskazać możemy wiele rysów dodatnich i ujemnych, ale nad wszystko góruje jedno uczucie ogarniające duszę jego: to miłość ojczyzny"[4]. W zasadzie to sąd jakoś prawdziwy, kuriozalność całej metodyki, interpretacji, pedagogii wyrażała się jednak w jednostronności, w masowym aplikowaniu ostatnim łatwowiernym czy prostodusznym czytelnikom wieszczów patetycznej wizji, owej "słodkości" bezmyślnych poświęceń dla Ojczyzny.
     Lecz jest w kulturze Polski międzywojennej interpretacja kuriozalna, która chyba nie ma sobie równych. I nie jest to tekst głupi, stworzony przez kogoś niepoczytalnego. Wyrasta ze szlachetnych pobudek! Napisany jest klasyczną polszczyzną; zachowuje rygory naukowości.
     Wiemy wszyscy ze szkolnej edukacji, iż w Mickiewiczowskim Widzeniu Księdza Piotra (sc. V) pojawia się tajemniczy Mąż o imieniu "44". Końcówkę tylko wspomnę, z dłuższego fragmentu przywołam:

I słyszę z nieba głosy jak gromy:
To namiestnik wolności na ziemi widomy!
[...]
Z matki obcej, krew jego dawne bohatery,
A imię jego czterdzieści i cztery.
Sława! sława! sława![5]

     Nad 40 i 4, nad Krukiem z Małej Improwizacji, nad piętnem na czole Konrada kiedyś ła-mali sobie głowy badacze - i dziś łamią. To symbole jednak. Można w nich zobaczyć co bądź pragniemy. Lub nic. Osoby albo idee. Nawet Chrystusa Parudytę i Adama z Księgi Rodzaju. Literatura na ten temat już w XX-stuleciu była ogromna. Mamy obecnie nawet literaturę o tej literaturze - czyli dzieje odczytań symbolu. A jednak gwałtowników szturmujących Sens symbolu nie brak. W 1924 roku we Lwowie ukazuje się dzieło: Juliana Zachariewicza Adam Mickiewicz Polska i Stany Zjednoczone. Z dedykacją: Pamięci Woodrow Wilson’a Wskrzesiciela Polski. Jeszcze przed tekstem portret Woodrowa Wilsona. Potem trzy przedmowy podpisane: Przedmowa Lwów 25/3, 1921; Przedmowa do drugiej części Berlin 12/6, 1922; Przedmowa trzecia: Lwów 14/11, 1923. Trzy przedmowy do pierwszego wydania!
     Widać rozgorączkowanie autora, ale też jego niezwykle wysoki poziom intelektualny oraz oczytanie. Już pierwsze kartki pokazują, iż autor to arcyerudyta, znający wszystkie odczytania symbolu "44", co więcej, to badacz wstrzymujący druk swego dzieła, by zapoznać się z najnowszymi interpretacjami. Zatem - jaka rzetelność naukowa! I jeszcze sygnały tej naukowości z najwyższej półki: nazwiska osób, które towarzyszyły "pomysłowi" i powstaniu "mego Mickiewicza". A wśród mich: Wilhelm Bruchnalski, Juliusz Kleiner, Kazimierz Kolbuszowski i... "Adolf Harnack, mój były Profesor, wielki i znakomity uczony..." Przeto znaleźliśmy się na naukowych szczytach, czego najdobitniej dowodzi nazwisko wielkiego niemieckiego biblisty pochodzącego z Dorpatu, Adolfa von Harnacka (1851 - 1930), przedstawiciela luterańskiej teologii liberalnej[6]. Czego można by się spodziewać po dziele opatrzonym trzema wstępami? Oczywiście - doniosłych odkryć, analiz, przewrotu interpretacyjnego...
     Na polu Zachariewicza wyrosła tymczasem roślina może nie trująca, ale na pewno również nie ziemska, niepodobna do innych. Kuriozalna.
     Oto wyniki prac badacza. Ich źródłem są słowa: Polska, Mickiewicz, Ameryka i...zaimek mój. Zachariewicz jest niedoścignionym patriotą. To lata dwudzieste XX wieku, więc Polska jest na mapie od kilku zaledwie lat; jak wszyscy mówią, trafiła na te mapy chyba cudem, nic tego nie zapowiadało. Polskie głowy płoną entuzjazmem. Autor ma potrzebę wpisania się w ten cud, objaśnienia go bodaj w połowie racjonalnie. Tu właśnie przychodzi mu z pomocą Mickiewicz i jego Mąż. Ależ tak, być może wnioskujemy, skoro irracjonalnie kochaliśmy Mickiewicza, to musiał być tego powód. Kontekst historyczny deszyfruje zagadkę wszechczasów: "44" to ten, kto wskrzesił Polskę dopiero co, na naszych oczach, czyli... Piłsudski? Nie wiem, dlaczego nie, ale Zachariewicz nie Piłsudskiego wybiera, lecz:

     Traktat Adam Mickiewicz Polska i Stany Zjednoczone Ameryki, w którym podaję nowe wytłomaczenie tajemniczej zagadki, zawiera przeprowadzenie dowodu swego na podstawie pism Adama Mickiewicza, dokumentów samego poety. Od najwcześniejszej młodości aż do Kursów literatury słowiańskiej w Paryżu, jest ciąg 12 dokumentów, przez które przewija się idea wskrzeszenia Polski przez Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki. (s. 5)

     Że tym Prezydentem jest Wilson, domyślamy się już zapewne. Znam literaturę mickiewiczologiczną chyba dość dobrze, lecz wątki amerykańskie w niej nie dominują. Przeciwnie: jeszcze pod koniec XX wieku postulowano, by szerzej zbadać z polską romantyką związki myśli Emersona, wpływ powieści Fenimora Coopera na poetę. Lecz nasz egzegeta ciągnie w zupełnie inną stronę:

     Tego następcę wielkiego Washingtona jako Namiestnika Wolności na ziemi, przepowiedział i przewidział Mickiewicz w Trzeciej Części Dziadów, jako Męża, na którego głos trzy końce świata drżą, gdy on woła, podniesionego nad ludy i nad króle, który sam bez korony ale na trzech stoi koronach, którego imię zaś jest Wolność, Prawo i powszechna Sprawiedliwość, czyli Czterdzieści i Cztery.
     Adam Mickiewicz jest pierwszy i jedyny na świecie człowiek, który na lat 100 z góry przewidział, że Stany Zjednoczone staną się tą potęgą, która w Europie o wolność narodów w wojnie światowej walczyć będzie. (s. 20)

     Mamy więc ujawnioną i niejako odsłoniętą wyraźną linię prorockich Mężów Opatrznościowych: Jerzy Waszyngton - Mickiewicz - Wilson. Można by to uznać za mrzonkę, choćby polityczną, za żart egzegetyczny. Ale Zachariewicz uruchamia całą ówczesną mickiewiczologię, swe oczytanie, znajomość języków, by owo "odkrycie" nie politycznie czy - pal licho - historiozoficznie lub ezoterycznie uzasadnić. Lecz by przeprowadzić ścisłe dowody naukowe, filologiczne lub historyczne, że mianowicie...

     Mickiewicz wziął liczbę 44 wprost z amerykańskiej hisorji, w której cyfra ta odegrała olbrzymią rolę; złączył ją zaś z symbolicznym znakiem czwórki Pitagorasa. Tę ideę powszechnej uniwersalnej sprawiedliwości, wyraził Mickiewicz w liczbie 44. (s. 23)

     Dodam tylko, że współczesnym Mickiewicza, na którym tenże - zdaniem Zachariewicza - niejako wzorował ideę Męża, tworząc symbolikę "44", był nie kto inny, jak prezydent USA Andrew Jackson (1767-1845):

     Mickiewicz śledził bieg życia tego olbrzyma. (...) Opiewał tego Króla Ludu już w najpierwszych swoich wierszach, w Kartofli, w Odzie do młodości sławił potęgę i młodość życia Nowego Świata, Ameryki; marzył o wojnie ludów, o wielkiej wojnie przyszłości, aż nagle ten sam, Andrew Jackson (...), został Prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki. To był kulminacyjny punkt amerykańskiej idei wolności, to był punkt przełomowy dramatu Mickiewicza. (s. 149)[7]

     Nigdy nie czytałem niczego tak wstrząsająco kuriozalnego. Ten efekt rażenia wywód Zachariewicza zyskuje przez swą pseudoracjonalność. Ilość sił i środków, włożonych w stworzenie quasi-naukowej argumentacji, jest tu wprost proporcjonalna do szaleństwa konkluzji. Już tylko za autorem dopowiem, że...

     Tajemnicy tej idei strzegł [Mickiewicz ] od najmłodszych lat, nigdy nikomu żadnem słowem jej nie wyjawił. Gdyby Mickiewicz był wyjawił kiedykolwiek swoją tajemnicę, byłby nie tylko zabił swoją ideę, byłby uprzedził wypadki historyczne, zapobiegł temu procesowi, jaki w wojnie światowej się rozwinął, byłby sparaliżował wejście Stanów Zjednoczonych Ameryki w wojnę światową i ich zwycięstwo: wolnej Polski dzisiaj i nigdy nie byłoby na świecie! (s. 150)

     I jeszcze coś istotnego, tezy te, te głupstwa - powie jeden, te szaleństwa - powie drugi, to - jak zapowiedział Zachariewicz - dopiero początek "interpretacyjnej" eksplozji:

     Oprócz ogłoszonego materjału w niniejszym traktacie, posiadam jeszcze nowy, który może być wyczerpany w obszerniejszej monografii poświęconej Mickiewiczowi. Skarby jego myśli są tak wielkie, jego literatura amerykańska zaś jest tak zadziwiająca, że cała nowa literatura powstanie o Mickiewiczu, w Polsce o w Stanach Zjednoczonych Ameryki; nastąpi pomiędzy tymi dwoma krajami zbliżenie na tle ogólnej kultury, przez jedyny w swoim rodzaju zbieg wypadków historycznych i przez Adama Mickiewicza. (s. 18)

     Książka ta jest wzorcowym przykładem interpretacji kuriozalnej. Dokonanej ze szlachetnych pobudek, ogromnym nakładem sił i środków, przez dobrze wykształconego człowieka. Coś - ale co? - w tej maszynie myślenia nie zadziałało. Może istotę wyjaśnia zaimek mój. Otóż autor z wyraźnym zadowoleniem pisze o odkryciu mojego Mickiewicza (s. 7). A może zawiodła logika? Może to wykształcenie Zachariewicza nie było tak dobre, bo przecież stracił on z oczu Europę, a "odkrył" dla mickiewiczologii Amerykę? Zapewne był w tym odkryciu sens egzystencjalny: odkrywam, tworzę, odsłaniam! Ale były i proste mechanizmy, o których jeszcze słów kilka, by zastanowić się, jak to możebne, że człowiek w pełni władz umysłowych może tak oto eksplikować tajemniczą genezę symbolicznego imienia "44". Słuchajmy i dziwmy się:

     Bo kiedy Generał Jackson przed generalnym atakiem przeciwko Anglii wołał na cały głos, Here come the 44-th! Here come the 44-th! znaczyło to: tu przyjdę Ja! Tu przyjdę Ja, z moim zwycięskim pułkiem 44! Tu przyjdę Ja, z moim sławnym zwycięskim pułkiem 44! To był przecież sławny, najbardziej umiłowany pułk Jacksona; Wielki Wódz zatem w tym okrzyku wypowiedział w lot to, co znaczyło: Tu przyjdzie 44! Ja tu przyjdę! Tu przyjdzie zwycięstwo!

     Ten okrzyk Jacksona tak silnie podziałał na Mickiewicza i na jego Wizję drezdeńską, że końcowe jej słowa, A imię jego będzie 44, są tylko parafrazą słów Andrew Jacksona, Tu przyjdzie 44! Zwycięzca spod Nowego Orleanu Andrew Jackson w dniu historycznym wielkiej bitwy zidentyfikował się ze swoim sławnym pułkiem i jego liczbę 44 przeniósł momentalnie jako nazwę na siebie. Mickiewicz zaś kiedy przedstawił allegoryczny wizerunek wielkiego amerykańskiego bohatera, użył liczby 44 jako znaku, który symbolicznie miał jednym słowem określić zwycięstwo orleańskie, zarazem zaś stanowić nieomylne kryterium poznawcze, liczbę, jako matematyczną cyfrę świadczącą z absolutną pewnością, że ten Mąż którego opisywał, był istotnie tym samym człowiekiem, którego imię jest i będzie Czterdzieści i cztery. (s. 154)
     Można by zapytać: śmiać się czy płakać. Wszelako skala nonsensu w tym wywodzie jest maksymalna. A przy tym ma on pewne znamiona racjonalności: szatę naukową i wewnętrzną konsekwencję. Zarazem, doskonale wyraża jedną z najistotniejszych cech interpretacji kuriozalnej: nie można wobec niej zbudować interpretacji konkurencyjnej. Interpretacja tego typu jest zawsze ostateczną, w przekonaniu autora udokumentowaną, zakorzenioną w faktach, doskonale prawdziwą wypowiedzią na temat interpretowanego zjawiska. Widać to nawet w euforii Zachariewicza. Tego typu "epifaniści", którym rozumnie się coś objawiło, zwykle przeoczają fakt, że nie ma doskonałej i ostatecznej Prawdy. Jest, istnieje tylko prawda.

2. Jeśli jesteś wielki i ważny...

     Czym, jakim w swej naturze zjawiskiem jest interpretacja kuriozalna? To lakoniczne, a jednak niezmiernie trudne pytanie. Najpierw rzec trzeba, iż w ogóle jest ona interpretacją, przy tym zakres znaczeniowy, jaki temu pojęciu przypiszemy, okazuje się w tym przypadku najszerszy: od plebejskiego "poeta chciał powiedzieć, że...", przez rozmaite koncepcje "odczytywania sensów wieloznacznego dzieła" czy koncepcje "tekstu (literackiego) jako sumy jego odczytań (readings)"[8], aż po wyrafinowane metainterpretacje, gdy "tekst uwolniony z więzów znaku może partycypować w nieskończonej grze intertekstualności"[9]. Zresztą ! - sam proces analizy zjawiska interpretacji (nie tylko tekstów) może być postrzegany i bywa oglądany właśnie jako interpretacja kuriozalna.
     Ostatnie ćwierćwiecze XX wieku naznaczyło teorię interpretacji i jej poetykę konfuzją niekomunikowalności i hermetyczności, co naturalnie szybko stało się problemem i zadaniem. Trudno bowiem istnieć bez odbiorcy lub tuż obok "konsumenta", który nie mogąc zdekodować sensu wywołanych przez "popyt na interpretację", stworzonych celowo dzieł, "swoistych obiektów, odznaczających się deficytem przejrzystości, jasności lub określoności"[10] i nie potrafiąc równocześnie odkodować ani interpretacji tych "obiektów", ani poznać podstaw metodologicznych interpretacji - uznawał, często najniesłuszniej, i obiekt, i jego odczytanie, a także metodę za kuriozalne kreacje i kuriozalne interpretacje rzeczywistości. Znamienne były tu krytyczne wypowiedzi Czesława Miłosza o językowej nieprzejrzystości filozofii postmodernistycznej lub kontestowanie przez część środowiska polonistycznego całego nurtu interpretacji spod znaku Jaquesa Lacana ("mętniactwo")[11]. Niewątpliwie jednak: jak istnieją odczytania kuriozalne tworów kultury, tak istnieją kuriozalne koncepcje samej interpretacji.
     Najprostszą drogą do osiągnięcia tego olimpu kuriozalności wydaje się przyjmowane bezrefleksyjnie przekonanie, iż samo zaaplikowanie do tekstu takiej czy innej metody (choćby marksistowskiej lub dekonstrukcji, psychoanalizy) oraz sama świadomość rozróżnialności tych metod - otóż, że są one j u ż interpretacją dzieła. Przykładam Lacana do prozy Barana - i już mam Interpretację. Otóż nie. To tylko iluzja, w najlepszym przypadku połowa drogi. I przedsionek kuriozalności. Nawet wzorcowa realizacja metody - pokazał to Michał Głowiński na strukturalizmie - wiedzie do czczości poznawczej, do manifestacji mocy metod, ale nie "poznania" tekstu w jego wieloznaczności.[12]
     Odczytanie - curiosum, to jego cecha dystynktywna, zawsze powstaje ze szlachetną intencją poznawczą, i, co więcej, jego twórca zakłada komunikowalność, jest gotowy i otwarty na przyjęcie swego tworu przez publiczność. Do tekstu Zachariewicza dołączony jest Dodatek, w którym zawarł on relację z trzech odczytów o swych odkryciach (Woodrow Wilson = "44"), komunikując nam, iż "życzliwi słuchacze po wykładach mówili mi, że treść wykładu była dla nich zupełnie jasna i zupełnie ich przekonała" (s. 166). Zupełnie? Niekoniecznie. Ów odkrywca Ameryki ma równocześnie żal do Aleksandra Brücknera, że "w odniesieniu do Mickiewicza i Męża Wolności Brückner zajął to samo stanowisko jak dawniej i w swojej ostatniej Geschichte der Polnischen Literatur" (s. 165). Zupełny był zatem - tylko zawód.
     Najłatwiej istotę curiosum tego typu ująć, pisząc, czym ono nie jest. Otóż nie należy go mylić z interpretacją błędną, chybioną. Interpretacja kuriozalna jest swego rodzaju karykaturą tej... chybionej. A raczej antyinterpretacją fałszywą, nie będąc przy tym tą prawdziwą interpretacją. Wszystkie typy odczytań ignorujących tekst, nadbudowanych nad nim, analizy wrogie, interpretacje paradygmatyczne, polemiczne i same polemiki, często okrutnie ostre w czasie przełomów kulturowych - otóż dają się one wszystkie kontestować czy falsyfikować[13], a więc do kuriozów nie należą, podobnie jak ich kuriozalności nie wyznacza gatunkowy kształt wypowiedzi, dystrofia czy hipertrofia formy przekazu. Gdyby tak było, część patetycznej młodzieńczej twórczości Stanisława Pigonia czy Michała Janika trzeba by uznać za kuriozalne[14]. Tymczasem "interpretator kuriozalny" może adaptować na swe potrzeby wszystkie strategie metodologiczne, obrać za wzór jakikolwiek językowy i gatunkowy jej kształt. Idzie mu bowiem nie o to, jak się wypowie, ile o to, co powie, wyjaśni, objawi.
     Interpretacje kuriozalne rezonują natomiast z klasą wypowiedzi, którą określam jako symplifikaty czy "niedointerpretacje". Curiosum może być po prostu kolosalnym uproszczeniem, wręcz trywialno-głupim i pustym uchwyceniem jakiegoż aspektu świata lub tekstu. Tej klasy niedoczytań najczęściej nie dostrzegamy lub ją ignorujemy.
     Kogo, czego dotyczą kurioza? W ujęciu najszerszym: wszystkiego, ogółu rzeczywistości, istnienia i bytu. W węższym - tekstów, biografii, a nawet dziejów recepcji. Zasadniczo: cechą twórców curiosum okazuje się to, że zainteresowanie ich wzbudza to, co wielkie i ważne, wielcy i znani. A więc raczej intrygują i przyciągają ich Mickiewicz, Słowacki, niż Syrokomla czy poeta współczesny spod Ostrołęki lub Homla. Na "materiale" tej cudzej wielkości budują raz po raz pseudoproblemy, niemożliwe do opisania i wyjaśnienia bez kuriozalnych tez (tak widzę spór o żydowskość matki Mickiewicza - ale dla Zachariewicza temat zwrotu "z matki obcej" nie istnieje, to przecież Matka Wskrzesiciela Polski Wilsona!). Dziedziną najchętniej nawiedzaną przez nich i poznawczo odkurzaną są - jak wierzą - tematy zakazane, ukryte przed gawiedzią przez "oficjalną literaturę naukową", jak "problem ras ludzkich" u cytowanego już badacza Słowiańszczyzny. "Kuriozalnoć dotyczyć może wszystkiego, ale polem kuriozalnej interpretacji bywa i człowiek żywy. Bywamy my wszyscy jako obiekty,obmowy. Ale to już kwestia psycho- i socjologii, a czasem i psychiatrii.
     Co znamienne dla tekstów tego typu, to fakt, iż za kuriozalne nie można w zasadzie w ogóle uznać: tekstów artystycznych i tekstów z dziedziny najszerzej rozumianej religijności. W kwestach wiary trudno o weryfikowalność. Co innego interpretacje naukowe zjawisk religijnych - tu pole do popisu dla curiosów jest przeogromne, bo to sfera nie poddająca się łatwo werbalizacji i analizie[15]. Toż samo rzec by trzeba o filozofii; niech filozof pisze, co chce etc. - zgodzimy się na to. Ale już historyk filozofii winien znać granice, to inna sprawa.
     Niemniej jednak potoczne doświadczenie wykazuje, że większość ludzi uznaje za kuriozalne interpretacje świata oraz dzieła artystyczne takiego na przykład markiza de Sade, także twory współczesnych awangard, filozoficzne deskrypcje i obsesje Ottona Weiningera (Charakter i płeć). Wolno przyjąć, iż, gdyby były znane szerzej, również poglądy filozofa Hegezjasza - o przydomku Peisithanatos, czyli "namawiający do śmierci" - zalecającego samobójstwo na przykład przez zagłodzenie, byłyby uznane za przejaw kuriozalnej inwencji[16]. Ale tak właśnie być nie musi. De Sade na zawsze będzie dla jednych artystą, dla drugich plugawym łotrem[17]. Naznaczeni "sadycznościa" będą w konsekwencji i jego interpretatorzy: lub podejrzani o dewiację, lub uznani za obrońców wolności.
     W dziedzinie tej panuje bowiem spory perspektywizm: co dla jednych odkrywcze, dla drugich staje się kuriozalne. Każdy ma swą miarę i wrażliwość na kuriozalne wypowiedzi o świecie. Najłatwiej o rozpoznanie zjawiska na terenie takich nauk, gdzie obowiązują w miarę ścisłe reguły sprawdzalności sensu wypowiedzi. Nie jestem przekonany, że należą tu nauki humanistyczne. Więcej (gorzej! lepiej?) - na ich gruncie "wyskoki" analityczne zdają się mieć moc pobudzającą i są sprawdzianem wrażliwości na to zjawisko. Szerszy tu zakres, coraz szerszy, tego, co dozwolone, szczególniej, że udało się już odrzucić wszelakie pokusy, ażeby "zastąpić niesforną polisemię indywidualnych interpretacji rygorami jednolitej, systemowej analizy i rekonstrukcji"[18]. Lecz czy naprawdę już ów stan wolności absolutnej osiągnęliśmy, i czy domniemana wolność interpretacyjna to samo tylko dobro, życie i zdrowie kultury?

3. Różaniec i post (znaczeniowy)

     Wolę, mimo wszystkich jej niebezpieczeństw, trudną wolność od pewności i rygoru, prowadzących do szaleństwa naukowego, którego przykładem niechaj będą rozmaite polityczne, ideologiczne, jak również filozoficzne implanty do procesu interpretacji. Czynione w imię jakichkolwiek wartości, zawsze kończą się jazgotem i brednią. I szczytami kuriozalności. Mam przed sobą trzy tomiki. Zasmucające. Choć różne. Zajrzyjmy...
     Architekt Jan Pociej wytworzył więc "dzieło" pod tytułem Masonizm[19]. Demaskuje w nim nie tyle wszechobecność idei masońskich, ile poprzez te idee oddziaływanie samej masonerii wszędzie i zawsze, nawet w sferze zawodowej aktywności autora: "Autor niniejszej analizy zetknął się z wpływami postmodernizmu [= masonizmu - dop. J. Ł.] w dziedzinie architektury podczas wykonywania praktyki zawodowej"[20]. Było to zaiste spotkanie z emisariuszami Wielkiej Nierządnicy Babilońskiej. Postmodernizm i jego guru to bowiem:

     Z postfilozofią współcześni opiniotwórcy zwykli łączyć takie nazwiska jak Rorty, Lyotard i Derrida. Wystarczy poznanie zasadniczych idei występujących w ich pismach, aby stwierdzić, że ma się do czynienia z istotnym masonizmem w nowej szacie słownej. Za przykład może służyć Rorty.[21]

     Książeczka ma przejrzystą budowę. Ot, chociażby w Rozdziale V. Homo masonicus poznajemy po kolei: Model człowieka masonistycznego, Porównanie modelowego człowieka masonistycznego z realnie istniejącym typem człowieka współczesnego, wreszcie: Zakończenie. Cudowny sposób na masonizm, czyli: "(...) różaniec i post. Tyle trzeba i tyle wystarczy, by w cudowny sposób ocalić cywilizację chrześcijańską, a z nią resztę świata, która czeka na Chrystusa"[22]. W owym opus widać wykształcenie ogólnohumanistyczne. I zupełne opętanie przez ideé fixe.
     Coś zgoła innego teraz. Wrócimy do Wieszcza: Jan Ciechanowicz, Droga Geniusza. (O Adamie Mickiewiczu)[23]. Tu modyfikatorem szaleństwa jest antysemityzm, a tematem, na którym ów modyfikator dokonuje spustoszeń, jest pochodzenie wszechświatowego Geniusza (chyba wystarczy z mojej strony tej pompy?). Dowiemy się z pracy o pochodzeniu Mickiewiczów "ze starodawnego lechickiego bojarstwa", o "dziennikarzach żydowskich, którzy nieraz zbliżają się do stanu >absolutnego zera< intelektualnego", o "patologicznych filosemitach", o "rasowej Polce" (matka Poety), o tym, że "spotka się niekiedy opinię, że i Hitler był Żydem", dalej o rodzinie "bazującej na jedności etyczno-psychologicznej swych członków", czego miał Mickiewicz nauczać[24]. Może dość. Dodam tylko, że nie ma w pracy tezy innej niż genialność wieszcza, podana w wygłosie nacjonalistycznym i ksenofobicznym. Autor jest zaś - ! - "profesorem z Wilna". Jest to typ interpretacji kuriozalnej bliski symplifikatowi.
     Trzecie exemplum. Bardzo przejmujące. Książka Jana Majdy Antypolskie oblicze Czesława Miłosza[25]. Na 136 stronach autor kreuje wielkiego poetę i Polaka na polakożercę. Czyni to w sposób urągający wszelkim regułom naukowości. W zasadzie jest to bardzo słaba publicystyka; piszę "w zasadzie", bowiem autor tego paszkwilu wszędzie akcentuje swój naukowy, profesorski status (Kraków!)[26]. Próba - niech przywołam - obrony polskości przed - tak! - "planem zniszczenia Polski" autorstwa Miłosza:

     Oceniając nasze stosunki w obecnej naszej niepodległej Rzeczypospolitej, Miłosz w wywiadzie z 1996 r. w "Tygodniku Powszechnym" znów brutalnie ocenił naszą rzeczywistość: "Polsce grozi płaskość i wulgarność". A wcześniej nasz kraj obelżywie określił: "Polska to Ciemnogród". Nie, Polacy nie mają ciemnogrodzkiego kompleksu, przeciwnie - jesteśmy dumni z rozwoju naszej wiedzy i kultury w ostatnich dziesięcioleciach. Szkół wyższych mamy aż trzysta, tysiące uczonych, wydawnictw i instytucji kulturalnych, a do księgarń spływają lawiny książek. Pod względem rozwoju kultury Polska stoi w światowej czołówce.[27]

     Wyróżnikiem i tej "interpretacji" jest dominacja obsesji, owego "modyfikatora" kuriozalności nad jakimikolwiek regułami procesu badawczego. Jedna trzecia pracy to profanacja pamięci o zmarłym poecie, niewybredna szarża przeciw zwolennikom pochówku Miłosza na Skałce. W tej partii rozprawki dość zwarty wywód przechodzi w luźny montaż głosów zwolenników Majdy. Znamienne jest tu odrzucenie wszelkich reguł stosowności, zagłuszenie etyki. Kiedy curiosum zostaje podchwycone przez jakąkolwiek opcję polityczną - czy lewicową, czy prawicową - ono samo, jego twórca stają się zakładnikami własnego urojenia. Wierzę, w to, w co wierzę, a tłum wierzy we mnie, a więc mogę już mówić i robić wszystko. To droga degrengolady: etycznej, bo intelektualna właśnie się dokonała. Szlachetne kurioza (jak to Zachariewicza) odchodzą po cichu w niepamięć, ale kurioza najnowsze, pseudonaukowe, żyją, ba chcą żyć w świecie kapitalizmu, albowiem można je sprzedawać, lub polityki, bo tutaj można by im nadać kształt rzeczywistości i wcielić... Dość straszne są te konkluzje. "Z naukową" przykrywką można w ten sposób sprzedać na rynku "odkrycie genomu ludzkiego", ale i zreinterpretować Biblię, pokazać Chrystusa na przykład jako despotę, heretyka, geja, kochanka ewangelicznych niewiast czy przyjaciela Judasza[28].
     Jedno z najistotniejszych pytań o interpretacje kuriozalne brzmi: jaka jest ich wielopoziomowa intencjonalność? Zatem: dlaczego powstają? Jaki jest ich stosunek do świata potencjalnych odbiorców: mają ich uzdrawiać, sanować, niszczyć? Tak jak rozmaity bywa poziom inteligencji ludzi je tworzących - są to bowiem ludzie genialni, ale i przeciętniacy - tak rozmaity bywa ich etyczny poziom, a jeszcze rozmaitsze intencje. Być może większość interpretacji kuriozalnych, tych szlachetnie naiwnych, ma w podtekście pragnienia egzystencjalne: zaistnienie, spełnienie, potrzebę Dzieła, chęć sprawdzenia się; spełnienie rozumiane, jak pisała Charlotte Bühler, jako "pełne udanie się życia"[29]. Równie często motywacją bywają osobiste, a nade wszystko zawodowe frustracje - stąd pokusa wykreowania Dzieła za wszelką cenę, byle wyróżnić się i "przyłożyć" współzawodnikom w uprawianej dyscyplinie, choćby ofiarą "interpretacji" miał paść Wielki Poeta, wiedza o Nim.
     Osobna grupa przypadków to motywacje wielkościowe. Wybitny erudyta, polonista Wacław Kubacki, zdradzał w tej materii przeogromne żądania: przede wszystkim chciał być pisarzem, ale takim tylko, który otrzyma Nagrodę Nobla. Zapisał to wszystko w III-tomowym Dzienniku[30]. Są w nim zdania odkrywcze, ale i takie, które świadczą, iż interpretację kuriozalną wielkiego poety można stworzyć i wyrazić w jednym zdaniu. Choćby w sądzie, że Słowacki jest może - zdaniem Kubackiego - najmniej lirycznym z poetów polskich:

     Wbrew wszystkiemu, co powiedziano o osobowości poety, jego kobiecości, kapryśności, wrażliwości, melancholii, rozlewności, egotyzmie i bluszczowatości, Słowacki był w najmniejszym chyba stopniu lirykiem.[31]

     To prawdziwa perła, jeśli chodzi o kuriozalność sądu, w zasadzie mogłaby to być już pełna interpretacja, generalne ujęcie, uczona synteza i pokazowa... bzdura. To może Kubacki również - autor wielu jednak świetnych prac - dał w okresie swego zaczadzenia marksizmem i władzą wzorcowy przykład ideologicznego curiosum interpretacyjnego, odczytując Balladynę Słowackiego jako "baśń antyfeudalną"[32].
     Jak sądzę, najbardziej rozpowszechniony typ odczytań, jakie opisujemy, to te będące wyrazem świadomej aplikacji ideologii do analizy dzieła. Interpretować Jana Matejkę, okładając go cytatami z Lenina i Stalina jak lodem - no, to jest aberracja[33]. Nie ma sensu zajmować się tu socrealizmem czy stalinizmem w krytyce. To zjawisko dobrze jest opisane. Należy przypomnieć, że użycie modyfikatora marksistowskiego pozostaje wciąż modne w kręgach lewicy europejskiej. Może nie w takiej skali jak niegdyś, ale nadal wydaje ono owoce-kurioza. To samo dotyczy innych modyfikatorów traktowanych fanatycznie czy fundamentalistycznie: wiary i ruchów wszelkiej maści (jak ekologia, pacyfizm, konserwatyzm etc.). Aplikacja ideologiczna okazuje się też jedną z najprymitywniejszych metod "kreacji" kuriozalnych. Wyrasta z wiary w "zbawczą" siłę idei, jakkolwiek dzieła, które pozostawia, nie tylko kuriozami są, ale jeszcze są nimi kuriozalnie krótko.
     I jeszcze o wyjątkach, pisałem że curiosa nie powstają z nienawiści. W większości przypadków tak właśnie jest. Ale zdarzają się, szczególnie w dziedzinie aktywności krytycznoliterackiej przypadki wyjątkowe. Gdy krytyk niszczy pisarza, bo... tu sto przykładów i wytłumaczeń. Bo na przykład sam jest pisarzem. Wyjątkowym w tej skali w kulturze polskiej zjawiskiem wydaje mi się pisarstwo polsko-litewskiego krytyka, profesora uniwersytetów w Krakowie i Kownie, Józefa Albina Herbaczewskiego. Paszkwile i pamflety, które pisywał, miały tezę, miały ostrze intelektualne. Miciński okazywał się nich Magikiem Mistyficińskim, Brzozowski - Męczennikiem pracy, Żeromski - Męczennikiem nowej Polski, Feldman - Wojewodą krytyki jedeopolskiej, a Wyspiański - tylko Męczennikiem romantyzmu[34]. Lecz Herbaczewski to wyjątek. Kuriozalność z odcieniem nienawistnictwa, a przy tym "ze szponami" naukowości czy pseudonaukowości, właściwa jest myśli ugruntowanej przez politykę i ideologię.
     Czy można znaleźć jakąś istotę, w s p ó l n y wszystkim wyznacznik interpretacji kuriozalnej? Tak. Przede wszystkim wszystkie one, jak powiadam, pozostają nadal interpretacjami. Są więc interpretacjami fałszywymi? Nie. Są innym typem odczytań, spoza binarnego układu prawda - fałsz. Wydobywają z puli znaczeń nie te mniej lub bardziej prawdopodobne, lecz pewien rodzaj kontr- czy antyznaczeń.
     Przyjmijmy, iż każde znaczenie odczytane z tekstu - od najbardziej fałszywego do najbardziej adekwatnego - ma właśnie takie kontr-znaczenia, niewidoczne dla oka, dla naszego zmysłu sensu. I te prawdziwe, i fałszywe mają swe kontr-znaczenia. Twórców curiosów nie interesują znaczenia prawdziwe ani fałszywe. No jakże! Mieliby zadowalać się tym, co widzą wszyscy: prawdą i fałszem?! Nie. Dlatego odkrywają i eksploatują ten zakryty dla codzienności i dość dziwny wymiar kontr- czy antyznaczeń. Szukają w innej sferze. Nie tam, gdzie szuka świat, któremu się sprzeciwiają. Autor pracy o Mickiewiczu, "44" i Wilsonie wie, iż istnieją dziesiątki hipotez ulokowanych między prawdą a fałszem, ale że nikt nie może powiedzieć "sprawdzam". Dlatego interpretację lokuje w tym czwartym obszarze: poza prawdą i fałszem, znaczeniem i bezznaczeniowością, znaczącym i znaczonym. Jego interpretacja jest niezwykła, bowiem okazuje się kontr- czy antyznaczeniem znaczenia fałszywego.
     Twórcy tych odczytań - idźmy dalej - nie stawiają hipotez. Hipoteza, teza i proces poznawczy mieszczą się w tym przypadku od razu w Wyniku. Nic z tego, że Zachariewicz studiował u Adolfa von Harnacka, że jeździł potem, pisząc książkę, do Berlina, skoro pojechał do europejskich bibliotek po materiały, ale już z Wynikiem. Wobec prawdziwych curiosów nie da się też budować racjonalnych, polemicznych kontrprojektów, bowiem jest to właściwie walka z widmami, z "jest tak i tak, i koniec". Tako rzecze Odkrywca, koniec, kropka.

*

     Wszyscy wypowiadamy kuriozalne sekwencje, wyjątkowo budujemy większe interpretacje. One czasem bywają groźne, jak w polityczno-ideologicznych aplikacjach. Tym chętniej wyznam, że mam szczery podziw dla bezinteresownej donkiszoterii filologicznej Juliana Zachariewicza, który - przecież! - osiągnął swój "wynik naukowy" w mozole, pewno dużym nakładem finansowym, bo uczcić pragnął Wskrzesiciela Polski, Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Dlatego bez małostkowych zastrzeżeń przez chwil kilka uwierzę również i ja, że bez wątpienia...

     Mickiewicz wierzył, że Jackson, znakomity wojownik, i mąż takich rozmiarów jak Washington, może stać się wskrzesicielem Polski. Jako najwybitniejszy obrońca wolności na świecie. Mickiewicz chciał z Prezydenta Stanów Zjednoczonych stworzyć takiego obrońcę. Jeżeli zaś nie widział w nim wprost tego, który wskrzesi Polskę, to widział w nim prototyp Męża Wolności, wskrzesiciela Polski w przyszłości, takiego, który przyjdzie: którego wyda jednak jedyny kraj wolności na świecie... Ameryka![35]


[1]Cytuje po kolei z: Apokalipsa Piotra, cyt. za:J. Sokolski, Pielgrzymi do piekła i raju. Świat średniowiecznych łacińskich wizji eschatologicznych, t. I, Wrocław 1995, s. 171; L. Czupkiewicz, Pochodzenie i rasa Słowian, Wrocław 1996, s. 47; J. Zachariewicz, Adam Mickiewicz Polska i Stany Zjednoczone Ameryki, Lwów 1924, s. 151. Wszystkie kolejne przywołania z tego dzieła lokalizuję po cytacie w tekście głównym. Wszystkie podkreślenia: moje - J. Ł.
[2]J. Salamon, Latarka Gombrowicza albo Żurawie i kolibry. U źródeł ukrytego nurtu w literaturze polskiej, Wrocław 1991.
[3]J. Jankowski, Nieromantyczni romantycy, Wrocław 1997, s. 7-15.
[4]Treść i charakterystyka osób w poematach A. Mickiewicza. "Konrad Wallenrod", "Grażyna", "Farys" i "Oda do młodości", "Ballady i romanse" dla użytku młodzieży szkolnej skreślił Gustaw Milian, Lwów 1920, s. 10.
[5]A. Mickiewicz, Dziady, cz. III, cyt. za: tegoż, Dzieła. Wydanie narodowe, t. III, Utwory dramatyczne, opr. S. Pigoń, Warszawa MCMXLIX, s. 191-192.
[6]Bibliografie odnotowują następującą pozycję związaną z Zachariewiczem: Adolf Harnack, Istota chrześcijaństwa. Szesnaście wykładów wobec słuchaczów wszystkich fakultetów 1899/1900 w uniwersytecie berlińskim wygłosił Adolf Harnack, z upoważn. aut. tł. z 56-60 tysięcznego wyd. Juljan Zachariewicz, Warszawa 1909, ss. 288. Jest to tłumaczenie najważniejszego dzieła Harnacka.
[7]Fragment powszechnie dostępnej noty biograficznej Jacksona z Wikipedii:
Pochodził z rodziny ubogich osadników. Otrzymał bardzo słabe wykształcenie, lecz jako młody człowiek sam postanowił się uczyć. Dzięki własnemu uporowi został prawnikiem. Bardzo czuły na punkcie własnego honoru, wdawał się w liczne spory. W pojedynku zabił człowieka, który oczernił jego żonę. Z sukcesami prowadził interesy. Handlował niewolnikami, dorobił się posiadłości. (...) Podczas Wojny 1812 roku dowodził armią w stopniu generała. Gdy pokonał Brytyjczyków pod Nowym Orleanem, okrzyknięto go bohaterem narodowym. Atakując Brytyjczyków, nie wiedział, że 2 tygodnie wcześniej zawarto traktat pokojowy. (...) Jackson nie wahał się ani przed używaniem armii w polityce wewnętrznej ani przed zastraszaniem przeciwników politycznych groźbą utraty życia. Jego sposób prowadzenia polityki zyskał sobie ogromną popularność w społeczeństwie. W kolejnych wyborach zdobył 56% głosów. (Cyt. za: http://pl.wikipedia.org/wiki/Andrew_Jackson).
[8]W oryginale: a text is the sum of its readings, zdanie Marcello Paganiniego. (The Pragmatics of Literature, Uniwersity of Indiana Press 1987, s. 52) aprobatywnie przywołane przez Edwarda Możejkę w: tegoż, O tekście Profesora Kalagi, "Teksty Drugie" 1998, nr 4, s. 59-60.
[9]W. Kalaga, Granice tekstu - mgławice tekstu, "Teksty Drugie" 1998, nr 4, s. 14. Pełny passus: "Z chwilą kiedy signifiant określi swoje signifié - swój TELOS - proces semiozy jest zakończony i znak (czy tekst) zostaje zamknięty: co najwyżej konotacja może odsunąć to zamknięcie o jeden poziom. Jedynie przez odrzucenie ostatecznej tajemnicy znaczonego, przez uznanie jego nieskończonego odroczenia tekst, według Barthes’a, może uzyskać nieredukowalną wielość, kiedy to >wszystko znaczy nieustannie i wielokrotnie, ale bez przypisania do wielkiego finalnego ensemble, do ostatecznej struktury<. Jedynie tekst uwolniony z więzów znaku może partycypować w nieskończonej grze intertekstualności".
[10]E. Kasperski, Interpretacja, dyskurs i władza znaczeń. Szkice o zasadach interpretacji, "Słupskie Prace Filologiczne. Seria Filologiczna Polska", nr 4, red. M. Kuziak, Słupsk 2005, s. 11.
[11]Zob. P. Dybel, Urwane ścieżki. Przybyszewski - Freud - Lacan, Kraków 2000.
[12]Znakomicie odsłania to praca: M. Głowiński, Norwid i Jakobson . (O granicach lingwistycznej analizy poezji), w: tegoż, Monolog wewnętrzny Telimeny i inne szkice, Kraków 2007, s. 147-156.
[13]Myślę o głośnej i ciekawej propozycji falsyfikacji dzieł interpretacyjnych: H. Markiewicz, O falsyfikowaniu interpretacji literackich, w: Wiedza o literaturze i edukacja. Księga referatów Zjazdu Polonistów Warszawa 1995, red. T. Michałowska, Z. Goliński, Z. Jarosiński, Warszawa 1996, s. 505-522. Markiewicz nawiązuje do pracy Umberto Eco Interpratation and Overinterpratation (Cambrige 1993), Eco zaś nawiązuje w pomyśle do Karola Poppera (Logika odkrycia naukowego, 1934). Wyznam, iż choć propozycję Markiewicza-Eco-Poppera uznaję za doniosłą, to przynajmniej połowa falsyfikacji przeprowadzonych prze Markiewicza jest dla mnie zupełnie nieprzekonująca. Trudno.
[14]Należałoby zbadać styl, estetykę prozy na przykład Michała Janika (1874-1948), autora kilku monografii, w tym: Juliusz Słowacki. Próba syntezy, Lwów 1909. Bombastyczny styl zaciemnia w nich sens.
[15]Por. tom: Ostatnie przed wielkim milczeniem. Język i religia, pod. red. E. Przybył, Kraków 2001.
[16]Zob. na ten temat: B. Hołyst, Samobójstwo. Przypadek czy konieczność, Warszawa 1983, o zaginionym dziele Hegezjasza Apokarteron (Nie mogący znieść dłużej życia), s. 61.
[17]Zastanawiający casus to np. Jacek Trznadel, który najpierw Sade’a tłumaczył, a potem poproszony przez redakcję o kolejny przekład odpowiedział nienawistnym wobec pisarza tekstem, pisząc o "nadtandecie sadyzmu". Patrz: J. Trznadel, Markiz de Sade. Potworna zbrodnia literacka. (List do redaktora "Brulionu"), w: tegoż, Ocalenie tragizmu. Eseje i przekłady, Lublin 1993, s. 227.
[18]E. Kasperski, dz. cyt., s. 11.
[19]J. Pociej, Masonizm, Krzeszowice 2003.
[20]Tamże, s. 48.
[21]Tamże, s. 46.
[22]Tamże, s. 87.
[23]J. Ciechanowicz, Droga Geniusza. (O Adamie Mickiewiczu), Wrocław 1998.
[24]Tamże, kolejne wyrażenia ze stron: 17, 23, 24, 37, 121.
[25]J. Majda, Antypolskie oblicze Czesława Miłosza, Krzeszowice 2005.
[26]Z okładki o autorze: "Jan Majda jest pracownikiem naukowym Instytuty Polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z zawodu jest historykiem literatury i metodykiem kształcącym [tak! - J. Ł.] przyszłych nauczycieli języka polskiego. (...) w jego pracach przeważają takie zagadnienia, jak: środowisko literackie Zakopanego, motywy góralskie w literaturze, tatrzański mesjanizm, kultura górali".
[27]J. Majda, dz. cyt., s. 30.
[28]Manipulację nauką w mediach analizuje jako "medializację nauki" Andrzej Mencwel: Magia i nauka, w: tegoż, Wyobraźnia antropologiczna. Próby i studia, Warszawa 2006, s. 409-416.
[29]Ch. Bühler, Bieg życia ludzkiego, przeł. E. Cichy, J. Jarosz, Warszawa 1999, s. 270, podrozdział: Spełnienie.
[30]W. Kubacki, Dziennik (1944-1958), Warszawa 1971; Dziennik 1959-1965, Warszawa 1974; Dziennik 1966-1968, Warszawa 1990; kąśliwe opinie o aspiracjach Kubackiego znajdziemy w pośmiertnym wspomnieniu: F. Ziejka, Wacław Kubacki, w: tegoż, Miasto poetów. Studia i szkice, Kraków 2005, s. 478-485.
[31]W. Kubacki, Dziennik (1944-1958), Warszawa 1971, s. 405.
[32]Zob. W. Kubacki, "Balladyna" jako baśń polityczna, wstęp do: J. Słowacki, Balladyna, Warszawa 1955.
[33]Tu: K. Wyka, Matejko i Słowacki, Warszawa 1953.
[34]J. A. Herbaczewski, Amen. Ironiczna nauka dla umysłów dojrzałych dzieci, Kraków 1913. Autor dedykuje dzieło tak: Garstce uczciwie i mężnie myślących krytyków poświęcam. Jego credo: "Najlepszą obroną jest skombinowany atak na pozycje wroga. Jestem wyznawcą ofensywy" (s. 1).
[35]J. Zachariewicz, dz. cyt., s. 98. Chyba się zagalopowałem z tą wiarą w objawienia Odkrywcy? Choć może nie podzielę losu skazańców z Apokalipsy Piotra, powieszonych za języki..., bo znieważali sprawiedliwych...

do góry


główna anthropos? teksty autorzy recenzenci konkurs naukowy archiwum