główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów warszaty naukowe archiwum
Mieczysław Dąbrowski

Swój/ obcy/ inny. Kontynuacja[1]

Motto: Tylko co ludzkie  potrafi być prawdziwie obce.
W. Szymborska,  Psalm z tomu Wielka liczba

     Problematyka związana z tym tematem jest bardzo rozległa, należy wciąż do podstawowych pytań współczesnej humanistyki, stale rozrasta się też lista tekstów dotyczących tego kompleksu spraw. Chciałbym więc na początek zdefiniować szczegółowe aspekty zagadnienia, by świadomie pewne z nich pominąć, zaś inne - rozwinąć.
     Kwestia pierwsza to antropologicznie pojęta kategoria swoj(sk)ości/obcości, zamkniętości/otwartości itp., czemu towarzyszyć musi refleksja nad kategorią granicy, przejścia, transgresji, tabu etc. W praktyce oznacza to na przykład także namysł nad doświadczeniem e/migracyjności;
     Kwestia druga, z tamtą się wiążąca, to kategoria tożsamości, która przenosi refleksję na poziom socjologii, interakcji ludzkich itp., gdyż zderzenie z obcym taki namysł wyzwala i determinuje;
Kwestia trzecia dotyczy obcości podmiotu wobec samego siebie, co najsilniej zaznaczyła Julia Kristeva w książce (tytuł niemiecki) Fremde sind wir uns selbst;
     Kwestia czwarta dotyczy Innego i Inności w takim rozumieniu, jakie nadaje im Lévinas, oznacza swoiste nastawienie poznawcze i opisuje etyczne warunki udanego spotkania, co - jak wiadomo - bywało krytykowane jako założenie utopijne, nie dające się zrealizować, zbyt idealistycznie pojęte; tę kwestię świadomie pominę, ponieważ - choć istotna dla całości myślenia - wprowadza jednak zupełnie inną jego płaszczyznę;
     Kwestia piąta dotyczyć by mogła specyficznej kategorii kolonializmu, postkolonializmu, wszelkiej dominacji, która u źródła ma przekonanie o jakkolwiek definiowanej wyższości (bo wyższość ustanawia obcość!), dialektykę fascynacji i odrzucania obcej kultury, co widać bardzo dobrze w tekstach Rushdiego, Derridy, Saida itd.
     Z tym punktem najbliżej związana jest problematyka, której poświęcę najwięcej uwagi, to sprawa przekraczania granic kulturowych, językowych zakotwiczeń i komplikacji, co da się pokazać także na przykładach z eseistyki i literatury.

     Ad. 1. Antropologiczne rozumienie zjawiska
     Opozycja swoje/obce w tle sugeruje obecność granicy, jakiegoś przejścia między jednym a drugim polem; linii, słowa, obyczaju które tyleż łączą, co dzielą. Antropologiczna analiza tego pojęcia pozwala dostrzec wiele znaczeń; to coś, co odgranicza "nasze" od "obcego" (nie "naszego"), z jednej strony jest zabezpieczeniem, z drugiej otwarciem się na chaos tego, co na zewnątrz, co jest obce, groźne bądź czego nie znamy. Jest przejściem od sacrum do profanum, gdyż w obrębie "naszego" świata wytwarzamy zawsze pewien rodzaj centrum, jakieś sacrum właśnie, podczas gdy wszystko to, co znajduje się na zewnątrz, czego nie znamy, co zagraża, rozumiane bywa jako świat brudny, obcy i przeklęty. Bauman mówi, że pojawienie się Obcego w danym świecie niesie w sobie zawsze groźbę brudu, niepokoju socjalnego. Sacrum zakłada jakiś rodzaj ekskluzywności, tajemnicy, oddzielenia, wyłączenia i dowartościowania. Dziś oczywiście tak silne i dobitne rozumienie tej kategorii da się ukazać tylko na przykładzie kultur czy plemion pierwotnych, w cywilizacjach wielkomiejskich jest to mniej wyraziste, lecz pewne rudymenty tego myślenia dają o sobie znać, zwłaszcza w wymieszanych, pogranicznych środowiskach. Wszelkie miejsca styku, w tym styku ludzi o różnych kulturach, tradycjach itp. traktowane są bowiem jako szczególnie narażone na te kategoryzacje; zawsze są jacyś "swoi" i "obcy", a przynajmniej "inni". Wszelkie napięcia polityczno-rasowe i cywilizacyjne współczesnego świata rodzą się na tej płaszczyźnie, w tym doświadczeniu. Ta uwaga dotyczy także miejsc granicznych ludzkiego ciała (czyli wszelkich naturalnych otworów), których penetrowanie nawet w celach medycznych odbiera się często jako pogwałcenie intymności oraz jednostkowej integralności, co budzi jeśli nie gniew, to zawstydzenie i cierpienie. Ale chodzi też o granice symboliczne czy granice w przestrzeni geograficznej. Stawiane na rozstajach głazy, figury świętych, krzyże lub inne znaki miały chronić przed złymi wpływami. W Chinach do dzisiaj przed wejściem na ogrodzone zwykle wysokim murem podwórko stawia się krótki murek, który dokładnie zasłania wejście. Ponieważ złe duchy, jak się tam wierzy, poruszają się tylko po liniach prostych,  jest to praktyczny fortel, aby uchronić się przed ich inwazją. Otwarcie (rozdarcie) ciała ludzkiego, przyjęcie nowego obyczaju lub rozumowania oznacza chaos emocjonalny i mentalny wprowadzony do tego, co uporządkowane i zamknięte, do czego wszystkie istoty i instytucje świadomie lub nieświadomie dążą.
     W kategoriach symbolicznych można rozpatrywać zjawisko asymilacji kulturowej, wyjścia z jakiejkolwiek kasty, getta itp. Jakakolwiek próba emancypacji stawiała w kulturach zamkniętych problem zdrady własnego, swojego i przejścia na stronę obcego, wrogiego. Kiedy odchodzę, opuszczam swoje środowisko - przekraczam jakąś granicę, wychodzę na zewnątrz oswojonego kręgu, oddalam się od sacrum w kierunku profanum. Ruch na zewnątrz rozumiany antropologicznie jest ruchem ku śmierci, ku unicestwieniu i destrukcji[2]. Zachowania getta żydowskiego na przykład dokładnie to potwierdzają: kiedy ktoś je opuszczał, aby przejść na "obcą", aryjską (gojowską)  stronę, odprawiano modły jak po umarłym i przestawano traktować daną osobę jak członka rodziny. Ginęła z oczu i musiała zginąć w pamięci. Pisze o tym doświadczeniu Julian Stryjkowski w Głosach w ciemności, pisze Elias Canetti w autobiografii pt. Die gerettete Zunge (Ocalony język), którego ojciec - wbrew woli patriarchy rodu - opuścił Ruszczuk (Russe w Bułgarii) i wyjechał z rodziną do Manchesteru. Jego nagła śmierć, która nastąpiła wkrótce potem, rozumiana była jako działanie klątwy dziadka, a z drugiej strony jako kara za przekroczenie granicy, za wyjście z getta.
     Naturalną sytuacją, która stwarza takie problemy jest sytuacja e/migranta, a ta - w mniejszym czy większym stopniu - dotyczy niemal wszystkich, gdyż rzadko się dziś zdarza, aby całe życie udało się przeżyć w jednym, o-swoj-onym środowisku. Jedną z dominant współczesnego doświadczenia jest właśnie doświadczenie e/migracji, a zatem doświadczenie obcości. Pisze na ten temat bułgarska intelektualistka w Paryżu, Julia Kristeva, piszą amerykańscy czy europejscy autorzy z byłych kolonii: Iain Chambers, Homi Bhabha, Gayatri Ch. Spivak, Ram Mall, Edward Said i wielu innych, których szerzej przypominam w książce Swój/obcy/inny.Z problemów interferencji i komunikacji międzykulturowej (2001). Przestrzeń wielkomiejska ( a ta głównie oferuje pracę) przeraża ich, ale i wciąga, pozwala doznawać tego, co przedtem było tylko marzeniem i niemożliwością. Ta przestrzeń ze w swoimi światłami, iluzjami łatwego i przyjemnego życia, cały ten mit wielkiego miasta (tak trafnie opisany przez Rolanda Barthesa[3]) staje się miejscem, w którym kształtuje się nowa etyczność e/migranta. Pozwala ona poluzować dotychczasowe reguły gry z sobą, z innymi, oswaja z czymś, co dawniej nazywało się "grzechem", kusi wyeksponowaną cielesnością, prowadzi w ciemne i tajemnicze labirynty decyzji moralnych. Przestrzeń wielkomiejska jest przestrzenią, gdzie dokonują się stale akty transgresji, przekraczania kolejnych zakazów i wewnętrznych nakazów, akty wyobcowywania się wobec własnego Ja. ">Ja< robi, czego się od niego oczekuje (was man will - co się chce), ale to nie jestem >ja< - >ja< jest gdzie indziej, >ja< nie należy do nikogo, >ja< nie należy do >mnie<,... >ja< - czy ono w ogóle istnieje?" - pyta Kristeva[4]. Obcy znajduje się w kleszczach: satysfakcji z powodu procesu wyzwalania się ze swojej dawnej skóry i frustracji z powodu zdrady wielu przekonań i norm wyniesionych Stamtąd. Tamto i To, Tam i Tu przekłada się na opozycję Swoje/Obce. Antonina Kłoskowska zwraca uwagę, iż przybysze na ogół decydują się na obniżenie "barier narodowej świadomości i identyfikacji"[5] i - dodajmy - barier etycznych, co jest ceną za rozwiązywanie problemów życiowych w obcych środowiskach. Przestrzeń wielkomiejska stwarza iluzję zadomowienia, choć w gruncie rzeczy wykorzenia i wydziedzicza szybciej i skuteczniej niż jakakolwiek inna. Pojawia się uczucie "nieznośnej lekkości bytu". E/migrant widzi, że można zachowywać się i żyć różnie, iż nie obowiązuje tu jedna strategia życiowa. Jego etyka jest więc etyką opartą na pojęciu zróżnicowania, a nie na pojęciu identyczności, Tego-Samego. Kristeva mówi o e/migrancie jako człowieku zawieszonym między tym, czego już nie ma, a tym, co się nigdy nie ziści, ten stan rzeczy wyzwala w nim ironistę[6]. Cogito e/migranta dominuje uczucie dystansu, nie prowadzi - by zacytować trafne słowa Foucaulta - "do afirmacji bycia, lecz otwiera serię pytań bycia dotyczących/.../"[7]. Emigrant należy do tzw. Piątego Świata, gdyż utraciwszy swój własny, rodzimy język, pozbawiony został tym samym tożsamościowej mocy interpretacji, własny język pozwala bowiem nie tylko dokonywać aktów poznawczych, ale przede wszystkim utwierdza jednostkę w jej własnym egzystencjalnym jestestwie[8].

     Ad. 2. Obcość społeczna (zewnętrzna)
     Waldenfels w swojej książce Topografia obcego podejmuje nader rozmaite kwestie szczegółowe wiążące się z tym pojęciem i sytuacją bycia obcym. Spostrzeżeniem fundamentalnym wydaje mi się to, które mówi, że nie ma swojego bez obcego, że to obcy jest lustrem w którym odbija się moja własna podmiotowość. Chciałbym wzmocnić tę konstatację: obcość jest koniecznością w procesie poznawczym, zwłaszcza zaś w procesie samopoznawania. Jest czynnikiem stymulującym i katalizatorem, bez obcego nie byłoby swojego, bez obcości nie bylibyśmy pewni, co oznacza swoj(sk)ość. Jest czynnikiem niewątpliwie wzbogacającym ("Nie można mieć własnego bez obcego" - powiada Waldenfels[9]), umożliwia i inicjuje dialog, który tak w perspektywie filozoficznej (Buber, Lévinas), jak i estetycznej (Bachtin) jest jednym z bardziej czytelnych znaków świadomości nowoczesnej. Obcość zatem nie może podlegać likwidacji, winna być ochraniana, stymulowana i rozwijana. Im więcej obcości, tym więcej swoj(sk)ości, tym lepsze, bardziej precyzyjne zrozumienie samego siebie. Dotyczy to zarówno jednostki, jak grup społecznych, jak całych społeczeństw i narodów wreszcie. Dyskurs sterylnie narodowy, ksenofobiczny jest w tym kontekście dyskursem samobójczym, samoograniczającym się, dyskursem, który wyklucza głębsze rozumienie siebie. Wystarczy przecież zdać sobie sprawę z procesów, jakie zachodzą w jednostce wtedy, kiedy ma poczucie wy-obc-owania, nieprzynależności do jakiegoś świata, do grupy, do społeczności. Za przykrością, która jest najpierwszym tego stanu doznaniem, idzie jednak głębsze poznanie, namysł, dystans wobec naiwnych wyobrażeń dotyczących przynależności, jedności, zgody etc. Sfera poznania wynagradza tutaj emocjonalne niże. Każda sytuacja separacji, wykluczenia, niezgody wyzwala potrzebę namysłu i rozumienia. Nie powinno się zatem dążyć do zawłaszczenia obcego, do podporządkowania go jednemu wzorcowi, temu, co moje/nasze lub dominujące, wręcz przeciwnie: w dobrze pojętym interesie wszystkich uczestników gry społecznej należałoby zachować tę obcość, chronić ją i pozwalać się jej rozwijać. Tego lustra nie wolno rozbijać. Mówiąc językiem filozoficznym, powiemy za Waldenfelsem, iż "Obcego nie można przyswoić, gdyż jest ono odwrotną stroną własnego"[10]. Współczesne problemy świata zachodniego z "obcymi" muzułmanami zdają się być wodą na młyn tych, którzy chcieliby widzieć wszystko jako jednolite i przejrzyste, nic dziwnego, że budzą tym stanowiskiem opór sił demokratycznych, które we wzbogaceniu - jakkolwiek definiowanym - widzą szansę. Zresztą po drugiej stronie - napiętnowanego świata muzułmańskiego -  takie siły też występują, choć mniej silne, mniej głośne, nie tak ekspansywne, co się zapewne łączy z poziomem wykształcenia, stopniem zaangażowania religijnego itd. Jest w kulturze europejskiej stałe dążenie do całości i jednolitości, do - mówiąc językiem Lévinasa - Tego-Samego. Ale właśnie tenże Lévinas nawołuje do kultywowania Różnicy, gdyż ta wywołuje ruch myśli, legitymizuje twórczą Inność, ułatwia i stymuluje procesy tożsamościowe. To-Samo jest łatwiejsze logistycznie do opanowania, To-Inne, Różnica ułatwia poznanie. Miedzy tymi biegunami miota się dziś zarówno myśl europejska, jak i społeczna praktyka.

     Ad. 3. Obcość psychologiczna (wewnętrzna)
     Ten rodzaj obcości jest nader swoistej natury, jest silnie biologiczny i psychologiczny, z doświadczeniem zewnętrznym (definiowanym jako kulturalistyczne) ma mało wspólnego. Jego źródłem jest freudyzm, psychologia głębi itp., gdyż mówić tu można (i należy!) o swoistym rozdwojeniu człowieka na jego wersję dzienną i wersję nocną (Jaspers), na naturę racjonalną i fantazmatyczną, na konkretność i na oniryczność, mówiąc językiem Freuda: na to, co świadome i podświadome, a językiem lacanowskim - Inne. Pojmowany dawniej jako zwarta całość, człowiek pofreudowski nie ma już pewności co do siebie samego, podlega wahaniom, wie, że jego zachowaniami rządzą siły nie tylko oczywiste i klarowne, ale również ukryte, z których nie zdaje sobie w ogóle sprawy albo jeśli o nich wie, to ich naturę rozpoznaje słabo, a często fałszywie. Jeszcze dalej, jak wiemy, rozwinął ten problem Lacan. Ale myślę, że nie chodzi tu tylko o te głębokie warstwy psychologiczne, które odkrywa się leżąc na czerwonej kanapie w gabinecie psychoanalityka, sądzę, że chodzi tu o pewien gatunek dyskomfortu, który odczuwa każdy człowiek, gdy znajdzie się w obcym dla siebie środowisku mentalno-obyczajowo-językowym i zaczyna poniekąd grę z samym sobą. Uświadamia sobie, że musi robić jedno, choć chciałby robić drugie, że jest zdominowany przez otoczenie i musi się poddać regułom zachowań w danej grupie obowiązującym, jeżeli chce przedzierzgnąć się w członka tej grupy. Ktoś taki staje obok siebie, rozdwaja się. Są to problemy tożsamościowe w istocie, które erygujemy sami, dzieją się w naszych myślach, postawach, działaniach. Ewa Hoffman pisze, że praktykowała izolację i obojętność, aby  uratować "zasadnicze wartości ludzkie, wartości, w jakie nauczyła się wierzyć jako żydowska dziewczynka w Polsce/.../"[11]. Za Mary Antin, rosyjską emigrantką i pisarką, powtarza zdanie: "Cały proces oderwania od dotychczasowego życia, transportu, przesadzenia na nowy grunt i rozwoju toczył się w mojej własnej duszy  (podkr. MD). Czułam związany z tym procesem ból, odczuwałam lęk, ciekawość i radość. Nigdy ich nie zapomnę, bo nadal noszę blizny" (s. 160). Jednak te doświadczenia mają też inną stronę: wyzwalają swoiste doznanie patosu krzywdy, patosu inności, co często przeradza się w chęć udowodnienia swojej przydatności i świetności. Słusznie zauważa Cioran, iż "Przy bliższej obserwacji odkrywa się w nim (tj. emigrancie - MD) człowieka ambitnego, sfrustrowanego i agresywnego zarazem, osobnika, którego zgorzknienie podszyte jest pragnieniem podboju. Im bardziej jesteśmy wydziedziczeni, tym bardziej rozbudzają się nasze apetyty i nasze złudzenia"[12]. Polskim odpowiednikiem Ciorana mógłby być Witold Gombrowicz, którego zawołanie "Bądź zawsze obcy! Bądź niechętny, nieufny, trzeźwy, ostry i egzotyczny" z I tomu Dziennika[13] przystaje w całej rozciągłości do jego i ludzkiego, i pisarskiego losu. Obcość była stanem postulowanym i pożądanym, ponieważ w sensie ludzkiej interakcji pozwalała nasycić płynące stąd doznania elementem dystansu, ironii, które - choć gorzkie - pomagają wyraźniej określać kontury mojego JA, w sensie artystycznym zaś oznaczały przecież postulat pisania Przeciw, pisania w perspektywie niezgody, zaczepki, dysonansu, zapytywania. Ta intelektualna, a nie emocjonalna optyka, nie opisywanie, reprodukcja, ale konstruowanie rzeczywistości tekstowej dała w jego przypadku znakomite rezultaty, okazuje się bowiem, że nie trzeba być emigrantem, aby doznać zadziwienia obcością i alienacją, te znajdujemy w domu, obok siebie i w sobie - jak Józio z Ferdydurke, jak bohaterowie Kosmosu i in. Kartezjański dualizm myślącej duszy i obojętnego właściwie dla procesów myślowych ciała w psychoanalizie próbuje się pogodzić wiedząc, że to m.in. rozmaite braki w zaspokajaniu pragnień ciała (np. niezaspokojenie erotyczne, brak snu, głód) mogą się stać przyczyną neurozy. Psychoanaliza jednak i w czym innym do tej odległej tradycji nawiązała (wszak cogito nie oznaczało wiem, leczy jedynie myślę, wskazywało na metodologię, a nie rezultat), mianowicie w  metodzie introspekcji, owa kartezjańska "dusza", myśląca, ale i wątpiąca zarazem stała się początkiem nowoczesnej psychologii. To jednostka wie najlepiej, co ją uwiera w otoczeniu, dlaczego czuje się inna lub obca. Zanim uda się do terapeuty, sama szuka źródła swego dyskomfortu, sama musi zdefiniować to miejsce w duszy (świadomości), które ją boli, przestrzeń niepokoju. "Nie stawialibyśmy problemu tożsamości Ja, gdyby owo Ja było jednością zintegrowaną. Nie szukałbym siebie, gdyby nie tkwiło we mnie samym coś, co inne, inne rozbijające sobość, a może przeciwnie - wzmacniające ją, wspomagające ją w konkretyzacji. Trzeba więc pytać o tę grę, która się toczy w tym, co jest w sobie, dla siebie/.../ To inne jest we mnie" - pisze Barbara Skarga[14].
     Miłosz, choć głosił potrzebę zadomowienia w obcości[15], jako człowiek odczuwał głęboko dwoistość i obcość w sobie: pisał na swój temat, że jest lubieżnikiem, który czuje się zawstydzony animalnym pierwiastkiem w sobie, wchodzącym w jawną sprzeczność zresztą z pierwiastkiem metafizycznym. Na przykład : " Słyszy głosy, ale nie pojmuje tych krzyków, modlitw, bluźnierstw, hymnów, które jego obrały za medium. Chciałby wiedzieć, kim był, a nie wie. Chciałby być jeden, a jest wielością w sobie sprzeczną, która go trochę tylko cieszy, a bardziej zawstydza" (Osobny zeszyt, strona 39 z tomu Hymn o perle)[16]. Efekt zawstydzenia, "wstyd niewydarzenia" (tamże, strona 29) to istotne dopełnienie tego problemu. "Niewydarzenie" wiąże się z miejscem pochodzenia, z rodzajem kultury, która nie przystaje do warunków Metropolii, dyskomfort ten wyzwala z kolei upokorzenie i nienawiść ("I wiecznie upokorzony, nienawidzisz obcych", tamże). Upokorzenie łączy się z przerażeniem. Miłosz zazdrości Teodorowi (Bujnickiemu), który "dostał trzy kule w brzuch z niedużej odległości", jeszcze tam, w Wilnie, zazdrości, bo ten nie musiał "przekraczać tak wielu granic", nie musiał wołać "gdzie jestem?", "gdzie jestem?" pośród "ulic wielkich miast, kiedy domy kołują"[17].

     Ad. 4. Tematyzacja obcości w literaturze
     Szatańskie wersety Rushdiego mówią wprost o problemie kolonialnego podporządkowania i zawłaszczenia,  a dokładniej: swoiście  sadomasochistycznego stosunku do kolonizatora, jaki przejawiają hinduscy bohaterowie powieści, którzy za wszelką cenę chcą być Anglikami. W tym dążeniu z jednej trony stają się albo bezkrytycznymi apologetami systemu brytyjskiego i bronią bezwzględnie tego, co brytyjskie w polityce, kulturze, historii, obyczaju etc. (Saladyn Czamcza; jego żona powie o nim, że jest bardziej angielski niż sama królowa), albo zawziętymi krytykami tego państwa, modelu i systemu (Sufjan Hind). Byłe kolonie brytyjskie pozostawiły niezatarty ślad w umysłowości mieszkańców swoich kolonii, przede wszystkim udało im się wszczepić przekonanie, że kultura angielska jest wyższa i zarazić wielu ludzi pragnieniem jej poznania, doznania, przeżycia. To przypadek Saladyna Czamczy, który najpierw został wysłany przez zamożnego ojca do angielskiej szkoły z internatem, potem osiadł na wyspach, był aktorem głosu w reklamach, ożenił się z angielską pięknością i aż do katastrofy lotniczej wszystko układało się jak najlepiej. Eksplozja samolotu, cudowne ocalenie i próba powrotu na swoje miejsce okazały się niemożliwe i wytrąciły go z tego zaufania i miłości do kraju i systemu, który okazał się ostatecznie dość nieprzyjazny. Po pierwsze dotyka go groteskowy problem przeistoczenia się w śmierdzącego kozła, ma problem z cuchnącym oddechem, kopytami i rogami, co przysparza mu wielu cierpień fizycznych i psychicznych upokorzeń, gdyż przy tym wszystkim cała reszta jest nadal ludzka. Tu jednak Rushdie genialnie rozszyfrował problem stawania się tym czy owym: stajemy się mianowicie w języku i poprzez język.
     " - Oni nas opisują - wyszeptał ten drugi uroczyście - i to wszystko. Posiadają moc opisywania, a my ulegamy obrazom, które oni konstruują"[18]. To fragment rozmowy w szpitalu, gdzie znajdują się człekozwierzęta, których dotknął ten sam problem: zostali "opisani" przez rodowitych Anglików i "ulegli" tym językowym obrazom; są tym, kim chcą, aby byli, ich nieprzychylni gospodarze. Rushdie ujawnia tutaj i udowadnia sprawczą moc języka Innego; jesteś tym, kim Inny chce abyś był, nie ma sposobu, aby temu umknąć (to przecież także problem Gombrowicza). Ta klątwa nie musi być na wieki, Czamcza odzyskuje ostatecznie swoją ludzką postać, równie nieoczekiwanie jak ją postradał, całe jednak to doświadczenie pozostawia głęboki ślad w jego psychice i uruchomi inne nastawienie do Bombaju, do rodzimości, do tego, co kiedyś odrzucił jako zacofane i prymitywne; śmierć ojca godzi go niejako z jego własnym środowiskiem i kulturą, Czamcza wraca do Indii. Jest jednak człowiekiem, którego odrzuciła zarówno jego kultura pierwotna, jak i wybrana, jego świadomość będzie musiała się z tym problemem uporać. Anglia zamieniła go bowiem w kozła, wyśmiała, poniżyła, pobiła (rękami policjantów w furgonetce), wyzuła z majątku, odebrała żonę. Z kolei środowisko rodzime, w osobie ojca i Zini Wakil, najbliższej przyjaciółki i kochanki, niemiłosiernie szydzi z jego zaprzedania się prymitywnej, ich zdaniem, kulturze brytyjskiej (dowód: w toalecie używają tylko suchego papieru, wskutek czego dla jego matki są nieodwołalnie "brudni"!), zajęcia, które uprawiał, sposobu życia, pośpiechu, akcentu, etc., etc. Z kolei Hind Sufjan nienawidzi tego Wilajatu, w którym się znalazła opuszczając Bangladesz. Jej skarga jest znamienna: "/.../ z powodu tej ideologicznej czarnej magii (chodzi o Partię Komunistyczną, z którą związał się był jej mąż i co dało powód do wyjazdu - MD) musiała znosić całą tę nędzę i upokorzenie procesu imigracyjnego; to przez ten jego kult szatana utknęła na zawsze w tej Anglii i nigdy już nie zobaczy rodzinnej wioski/.../ Wszystko, cokolwiek ceniła, zostało w tym procesie wywrócone przez zmianę; zostało w tym procesie przeniesienia - utracone.
     Jej mowa: zmuszona obecnie do wydawania z siebie tych obcych dźwięków, które szybko męczyły jej język, czyż nie miała prawa jęczeć? Jej rodzinne strony: co to ma za znaczenie, że przedtem mieszkali w Dhace, w skromnym mieszkaniu nauczycielskim, a teraz, dzięki duchowi przedsiębiorczości, oszczędnościom i wprawie w stosowaniu przypraw zajmują ten trzypiętrowy budynek stojący w szeregu domów? /.../ Zwyczaje, na których zbudowała swoje życie, też gdzieś się zapodziały, a przynajmniej trudno było je odnaleźć. Nikt w tym Wilajacie nie kwapił się do celebrowania czasochłonnej wymiany uprzejmości, charakterystycznej dla życia w kraju rodzinnym, czy rozlicznych obrzędów religijnych. Ponadto: czy nie musi cierpliwie znosić męża, człowieka bez pozycji, choć wcześniej mogła się pławić w blasku jego dostojeństwa? Czy może być teraz dumna z tego, że musi pracować na swoje utrzymanie, jego utrzymanie, natomiast przedtem mogła sobie siedzieć w domu w stosownym przepychu?"[19]. Dodajmy do tego smutek męża, za który czuje się odpowiedzialna, nieposłuszne, wyemancypowane córki, które nie chcą używać języka rodziców, a ojczyznę określają mianem "Banglawesz" itd. Wilajat oznacza tu zagranicę, "szeroki świat", obcość totalną. Oczywiście, są też tacy, którzy w tym "Wilajacie" czują się jak ryby w wodzie, robią kariery, bogacą się i czują się zadowoleni. Robią przede wszystkim właściwy użytek z nowego języka, którego używają jako narzędzia pracy, a nie medium wyrażania siebie, ta różnica jest istotna dla bardzo wielu emigrantów, którzy piszą o swoich kłopotach z językiem Obcego. Ewa Hoffman opowiada, iż bardzo długo traktowała język angielski jako z gruntu, psychicznie obcy i kiedy się nim posługiwała miała poczucie, że mówi nim niejako z użyciem cudzysłowu, to nie była jej mowa. To był wieczny cytat, mowa cudza. Dopiero moment, kiedy była w stanie wypowiedzieć swoją egzystencjalną prawdę, prawdę osobistego doświadczenia z równym poziomem emocjonalnego zaangażowania i niejako "naiwnie", jak kiedy czyniła to po polsku, uznała to za moment "przyswojenia" angielszczyzny, a nawet więcej: odnalezienia się w tamtej kulturze, której część tak istotna - język - przestał być postrzegany jako "cudzy" i "obcy". Słowa oderwane zostały od swoich desygnatów, zagubione zostały żywe związki, nagle okazało się, że różne słowa, polskie i angielskie, oznaczają to samo[20]. Miłosz z tym akurat nie ma problemu. Godzi się z tym, że poszczególne plemiona inaczej nazywają to samo. Dla niego więc nie język, ale rzecz, przedmiot staje się fundamentem zakotwiczenia. Rzecz, czyli na przykład ptak, spękana kora dębu, zwierzę, piasek, "kolory nieba". Tak bym interpretował jego wers: "Gdziekolwiek jesteś, nie zdołasz być obcy", tym bardziej, że na początku poematu Po ziemi naszej, skąd ten cytat pochodzi, znajduje się taka oto deklaracja: "Gdybym miał przedstawić, czym jest dla mnie świat,/ wziąłbym chomika albo jeża albo kreta,/ posadziłbym go na fotelu wieczorem w teatrze/.../"[21]. Można by powiedzieć, iż obchodzi go raczej fenomen niż jego językowy wyraz oraz, że widać w tym stary model istnienia i odbierania świata, polegający na zakotwiczeniu w rzeczywistości przyrody, rzeczywistości obiektów, fenomenów, a nie rzeczywistości języka. To brzmi nieco dziwnie, gdy mówi się o poecie, ale coś jest tu na rzeczy. Miłosz, w przeciwieństwie do Derridy na przykład, o którym za chwilę, jak w ogóle na tle postrukturalistycznego lingwizmu, dostrzega przede wszystkim świat materialny, zauważa rzeczy, dla których szuka opisu w słowie, nie odwrotnie. Jego dukt jest zasadniczo referencjalny, dlatego chyba wydaje się tak dobrze przylegać do tradycyjnej formuły poezji. Ale to nie koniec, bo dopiero rzecz nazwana swojskim słowem dawała poczucie pełni. Dlatego w wierszu Moja wierna mowo czytamy: "Byłaś moją ojczyzną, bo zabrakło innej"[22]. Ale ta "mowa" z kolei podlega na emigracji swoistej "subtylizacji", emigrant uważniej wsłuchuje się w jej rytm, "odczuwa swój rodzimy język na nowy sposób"[23]. Derrida, także emigrant, z francuskiej Algierii, pojawił się we Francji w wieku 19 lat. W swojej refleksji łączy silnie język z autobiografią[24]. "Modalność utożsamiająca", jak ją nazywa, zakłada znajomość języka, zadomowienie w języku. Hoffman stwierdza, że stary język rdzewieje, nowy jest wciąż obcy, wobec czego - stwierdza w rozpaczy - "w gruncie rzeczy nie istnieję"[25]; istniejemy bowiem w języku i poprzez język. Posługiwanie się obcym językiem w twórczości artystycznej daje czasem dobre rezultaty (vide Conrad-Korzeniowski, Beckett, Nabokov, Cioran), gdyż zezwala na odświeżające zachowania językowe, których by krajowiec się nie dopuścił. Z drugiej strony działa mechanizm dostosowania. Przyjezdny, dążący do "Metropolii, Do Miasta-Stolicy-Matki-Ojczyzny", jak to zapisuje Derrida (s. 66) pragnie zarazem osiągnąć kanoniczny poziom wyrażania się, gdyż ta Metropolia funkcjonuje zarazem "Jako model dobrego-mówienia i dobrego-pisania [model, który] reprezentował języka pana/.../ (67). On sam ma poczucie, iż chociaż język francuski jest jego jedynym językiem, z którym miał do czynienia od dziecka, (choć w środowisku, gdzie się wychowywał, funkcjonował arabski i berberyjski), pozostał zarazem językiem obcym! Przyznaje także, że jego namiętność dekonstrukcyjna, praca nad językiem i w języku jest prawdopodobnie rezultatem przepracowywania swoistej traumy "zaburzonej tożsamości", jaka związana jest z językiem francuskim i z Francją, której obywatelem najpierw był, potem mu tę ojczyznę-mowę zarządzeniami rządu w Vichy odebrano, jako Żydowi, by ją następnie przywrócić (s. 39-43, 76). Ale to pozostawiło ślad, który domaga się nieustannie odpowiedzi, językowej aktywności (s. 70-71). "Moje przywiązanie do francuskiego przybiera formy, które uważam czasem za ‘neurotyczne’. Poza francuszczyzną czuję się zagubiony" (s.85), ponieważ nie jest w stanie - jak mówi - w innym języku "zamieszkać". Ta kategoria jest bardzo ważna dla wszystkich przypadków emigrantów, zwłaszcza emigrantów pracujących w słowie, emigrantów piszących. Miłosz mówi w jednym z wierszy o swoistym rytmie mowy polskiej, która choć dla nie-Polaków brzmi groteskowo i śmiesznie, dla niego jest jedynym medium, w którym może wygłaszać swoje myśli. Ta inkantacja, ten rytm (o którym wspomina także Derrida i Hoffman, s.184), są najważniejsze. W wierszu Moja wierna mowo gratuluje sobie, iż nie wyrzekł się mowy polskiej jako mowy pisarza, choć nie mógł przecież w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przewidzieć "Solidarności", Nobla, zmian w Polsce, które otworzą mu drogi powrotu do kraju, licznych publikacji itp. To samo dotyczy Gombrowicza, Herlinga-Grudzińskiego i wszystkich innych ważnych pisarzy emigracyjnych, którzy swoje pisarstwo osadzili w polszczyźnie. Język własny, język  pierwotny jest bowiem wiązany z władzą nazywania, z poznawczością, ta zaś z pierwotnymi emocjami. Mam wrażenie, że nauka języka obcego polega głównie na konfrontacji obcego słowa z moim, które nieoczekiwanie oznaczają to samo. Wprowadza element metajęzykowości. Zamieszkać można tylko w języku, nie da się tego uczynić bez uczucia dyskomfortu w metajęzyku. Przywiązanie do swojego języka stało się problemem dla wielu pisarzy żydowskiego pochodzenia, którzy po zagładzie mieli problem z wyborem języka literatury. Canetti, który zamieszkał w Anglii, posługiwał się jednak językiem niemieckim (choć znał biegle i francuski, i angielski), uważał bowiem, iż jest to jego język, najbardziej osobisty i intymny. Hannah Arendt pozostała przy niemieckim, gdyż identyfikowała go z wielką tradycją literacką i filozoficzną, a nie z "mową panów" w mundurach SS, podobnie Adorno, który wrócił z USA do Niemiec, aby odnaleźć się bardziej w języku niemieckim. Pierwsza mowa, mowa dziecka jest więc nominalna i sakralna, nazywa i uświęca pewne doświadczenia, dlatego jest tak trudna do zastąpienia. Kto wie, czy współczesny rozwój dyskursów tożsamościowych, wielkie zainteresowanie tą dziedziną, znakomity ich rozkwit nie jest rezultatem wydziedziczeniu z języka pierwotnego: z powody emigracji, z powodu drastycznego historycznego i egzystencjalnego doświadczenia, z powodu zmiany miejsca zamieszkania, z powodu zmiany statusu społecznego, z powodu przejścia do innej grupy zawodowo-cywilizacyjnej etc., etc. Te wszystkie okoliczności sprawiają, że zmieniamy język, a jest to nasze podstawowe, według Heideggera, "mieszkanie". Mieszkamy przede wszystkim w języku, a dopiero potem w takim to a takim kraju, mieście, domu. Zerwanie podstawowego związku między osobą a językiem rodzi ten trudno usuwalny dyskomfort, rozbudza traumę, zmusza do szukania odpowiedzi. Jeśli bowiem język rozumieć będziemy jako przestrzeń, w której umiejscowione zostały także wyobrażenia dotyczące obyczaju, codziennych rytuałów, zakazów i nakazów, prawa itd. , to zmieniając język zmienić musimy całe to "umeblowanie" mentalne - to wymaga czasu i świadomej pracy. Derrida słusznie pisze, że ta sytuacja wyzwala trojaką reakcję:

     "1. nieodwołalną amnezję - w postaci patologicznego demontażu, pogłębiającej się dezintegracji: szaleństwo;
     2. jednolite i zgodne ze "średnim" lub dominującym wzorcem francuskich stereotypów - inną amnezję w postaci integracyjnej/.../;
     3. szaleństwo hipermnezji, wzmożenie wierności, nadmiar czy wręcz przerost pamięci: prowadzi to /.../ ku szlakom - pisma, języka, doświadczenia - na których anamneza wybiega poza zwykłe odtworzenie danego dziedzictwa, poza dostępną przeszłość"(s. 97).

     Jest to zasada, która pozwala z pewnością tłumaczyć tak bujny po wojnie rozkwit "literatury Heimatu", literatury małych ojczyzn, gdyż ich wspólnym mianownikiem jest wygnanie z rodzimości, ze Swojego i  konieczność, zadanie odnalezienia się w Obcym. Czy to będzie Grass, czy Bienek, czy Lenz, czy Rushdie, czy Morrison, czy Cotzee, czy Canetti, czy Miłosz (proszę zauważyć, ilu tu noblistów!), czy polscy pisarze kresowi, czy nurt chłopski w prozie - wszędzie tam, u dna, odnajdujemy ten sam problem: a-na-mnezy i różnicy, które są i twórcze i niszczące zarazem, pchają do integracji, do asymilacji lub/i do izolacji. Trudny los. Doświadczamy go po trochu wszyscy.


[1] Por. Mieczysław Dąbrowski, Swój/Obcy/Inny. Z problemów interferencji i komunikacji międzykulturowej, Izabelin 2001, s. 219.
[2] Por. Piotr Kowalski, Granica. Próba uporządkowania kategorii antropologicznych, w: Pogranicze jakjo problem kultury, s. 143-152.
[3] Por. Roland Barthes, Mit i znak, Warszawa 1970
[4] Julia Kristeva, Fremde sind wir uns selbst, tłum. z franc. Sonja Rajevsky, Frankfurt am Main 1990, s. 14.
[5] Antonina Kłoskowska, Kultury narodowe u korzeni, Warszawa 1996.
[6] Julia Kristeva, dz. cyt., s. 20.
[7] Michel Foucault, Człowiek i jego sobowtóry, tłum. Tadeusz Komendant, "Literatura na  Świecie" 1988, nr 6, s. 215.
[8] Problem ten porusza Wojciech Kalaga powołując się na pracę Kateryny Longley, por. tegoż: Mgławice dyskursu. Podmiot, tekst, interpretacja, Universitas, Kraków 2001, s. 279 i nast.
[9] Bernhard Waldenfels, Topografia obcego. Studia z fenomenologii obcego, tłum. Janusz Sidorek, Oficyna Naukowa, Warszawa 2002, s. 70.
[10] Ibidem, s. 153.
[11] Ewa Hoffman, dz. cyt.,, s. 136.
[12] Émile Cioran, Zalety emigracji w: Pokusa istnienia,  tłum. Krzysztof Jarosz, Wyd. KR, Warszawa 2003, s. 51.
[13] Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956,  Dzieła, t. VII, pod red. Jana Błońskiego, Kraków 1986, s. 194.
[14] Barbara Skarga, Tożsamość i różnica. Eseje metafizyczne, Wyd. Znak, Kraków 1997, s. 173.
[15] Por. Ryszard Nycz, "Każdy z nas jest przybyszem". Wzory tożsamości w literaturze polskiej XX wieku, "Teksty Drugie" 1999, nr 5, ss. 41-51.
[16] Czesław Miłosz, Wiersze wybrane, PIW, Warszawa 1996, s. 348.
[17] Tamże, z tomu Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada, s. 280.
[18] Salman Rushdie, Szatańskie wersety, Printed and bound in the EEC, 1992 (b.m., bez tłumacza), s. 182.
[19] S.Rushdie, Szatańskie wersety, dz. cyt., s. 262-263.
[20] Ewa Hoffman, Zagubione w przekładzie, tłum. Michał Ronikier, "Aneks", Londyn 1995, s. 104 i nast.
[21] Cz. Miłosz, Król Popiel i inne wiersze, dz. cyt., s. 187.
[22] Czesław Miłosz, Miasto bez imienia, dz. cyt., s. 231.
[23] Czesław Miłosz, Noty o wygnaniu , w: Zaczynając od moich ulic, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 1990, s. 51.
[24] Jacques Derrida, Jednojęzyczność innego, czyli proteza oryginalna, "Literatura na Świecie" 1998, nr 11-12, ss. 24 -113, tłum. Andrzej Siemek, s. 53 (dalej po cytatach podaję strony).
[25] Ewa Hoffman, dz. cyt., s. 106.

do góry


główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów warszaty naukowe archiwum