główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów warszaty naukowe archiwum
Magdalena Kubica

Próba systematyzacji i rozróżnienia pojęć śmiech i uśmiech

     Uśmiech i śmiech

     "Jak już zauważono, nadmierny śmiech przechodzi stopniowo w śmiech umiarkowany (...). Między łagodnym śmiechem, a szerokim uśmiechem prawie nie ma różnicy poza tą, że przy uśmiechu nie ma powtarzanego dźwięku, chociaż na początku uśmiechania się można posłyszeć pojedynczy, dość silny wydech lub lekki szmer."[1]
     Podobne, akustyczne kryterium podziału śmiechu i uśmiechu przyjął Helmuth Plessner. Najwyraźniej nie da się przecenić tej konstatacji. Jeżeli - jak już wyżej stwierdziliśmy - dźwięk ma istotną rolę kulturową, jego obecność lub brak w zjawisku śmiechu i uśmiechu będzie niosła podobną moc znaczeniową. Choć sam Darwin nie wgłębiał się w szczegółową analizę - zatrzymał się tylko na wyraźnym wypunktowaniu tego czynnika. Można stwierdzić, że śmiech i uśmiech mają inne znaczenie, niosą inne komunikaty, są odmienne. Jednakże twórca teorii ewolucji podkreślał wyraźnie, iż stanowią one swoje kontinuum i "nie można przeprowadzić ostrej linii granicznej między ruchami twarzy w czasie gwałtownego śmiechu, a ruchami przy bardzo nikłym uśmiechu"[2], przy czym uśmiech w pewnym sensie jest podrzędny względem śmiechu, gdyż stanowi jedynie jego pierwsze stadium. Podążając tym tokiem myślenia - komunikat, jaki płynie z uśmiechu, informuje nas o sile bodźca, to znaczy, że nie był wystarczająco mocny, by doprowadzić osobnika do śmiechu.
     Dla dziewiętnastowiecznych uczonych śmiech i uśmiech nie różniły się jakościowo. Piotr Szarota powołując się na pisemne wypowiedzi Darwina, wykazuje, że dziewiętnastowieczny badacz używał zamiennie określeń "śmiać się" i "uśmiechać się", kojarząc oba z dobrym humorem i stanem radości. Sam Darwin uważał, że uśmiech jest pierwotną formą śmiechu, która za sprawą ewolucji przekształciła się w zjawisko bardziej adekwatne dla potrzeb ekspresji człekokształtnych. Sugerowano niekiedy, że między śmiechem a uśmiechem istnieją drobne różnice, jak np. siła pobudzenia bodźca. Henry Spencer termin "uśmiech", przypisywał umiarkowanej radości, rozbawieniu, słabemu dowcipowi natomiast w miarę wzrostu siły reakcji bądź bodźca, kiedy grymas twarzy się powiększał, napięcie mięśni wzrastało i pojawiała się wokalizacja, nazywał to śmiechem. W ten sposób opisywane zjawiska zostały umieszczone na dwóch różnych biegunach kontinuum, lecz w gruncie rzeczy jednego i tego samego zjawiska.
     Według Sigmunda Freuda, który zajmował się stosunkiem dowcipu do nieświadomości, śmiech i uśmiech to tylko reakcje na dwa różne typy dowcipu: tendencyjnego i nietendencyjnego. "Dowcip tendencyjny - pozostaje w służbie popędów, operuje tematyką o silnym zabarwieniu emocjonalnym, angażującą afektywnie jej odbiorcę. Dowcip nietendencyjny, zwany też "niewinnym" lub "niezaangażowanym" jest neutralny afektywnie, pozostaje w służbie intelektu, źródłem rozbawienia odbiorcy są tu zabiegi czysto formalne - wyrafinowana technika o specyficznej strukturze, tzw. praca dowcipu"[3]. Freud komentuje ich stosunek do śmiechu w następujący sposób: "Dowcip nietendencyjny prawie nigdy nie wywołuje owych nagłych wybuchów śmiechu, sprawiających, że dowcipowi tendencyjnemu wręcz nie sposób się oprzeć"[4].
     Jednym z pierwszych badaczy, który rozdzielił te dwa zjawiska był Plessner. Jego intuicyjne tezy zostały współcześnie potwierdzone w badaniach neurofizjologicznych. Co więcej, najnowsze badania sugerują, że - wbrew wyobrażeniom Darwina - śmiech i uśmiech mają inną filogenezę. W książce z roku 1961 Pytanie o conditio humana Plessner zwraca uwagę na nieidentyczność omawianych zjawisk. Opozycje binarne, jakimi posługuje się filozof, przeprowadzają jasną linię podziału. Uśmiech cechuje się samokontrolą ­- inaczej niż śmiech. Ten pierwszy subtelnie i nieśpiesznie buduje relację, drugi gwałci otoczenie swym wybuchem. Zmusza je do reakcji (odpowiedzi śmiechem, obrony, partycypowania). Plessner stosuje także kryterium akustyczne. Zwraca uwagę na fakt, że uśmiech jest "bezgłośny i stłumiony, jest ekspresją w pomniejszeniu. Brakuje mu również mocnego ładunku uczuciowego"[5]. Nie jest jednak tak, aby uśmiechowi brakowało wyrazistych uczuć. Chodzi tu bardziej o czas, w jakim bodziec wywołuje reakcję. Śmiech domaga się spontaniczności, reakcji natychmiastowej, tworzy specyficzną przestrzeń akustyczną. Uśmiech prowokowany może być stanem szczęścia, błogiej ekstazy - są to stany, które potrzebują trwania, nastroju. Śmiech lubi eksplozję, która ma szybki początek i koniec. Jego "motoryczna wartość pobudzania jest wielka"[6].
     Dalej autor rozróżnia oba zjawiska, odwołując się do kondycji człowieka. Ludzie dystyngowani (co nie zawsze znaczy "dobrze wychowani") -  według autora - będą skłonni częściej reagować uśmiechem w sytuacjach, kiedy można by pokusić się o śmiech. Ten ostatni zaś Plessner łączy - w tych konkretnych okolicznościach - z szaleństwem, utratą samokontroli, z zerwaniem "więzi między osobą a jej ciałem"[7]. Chodzi mu z pewnością o kontekst "sali bankietowej", gdzie upust emocji, przyzwolenie na ich demaskację ma tylko bohater Diderota - znany wszystkim Kuzynek Mistrza Rameau. "Uśmiech <<mówi>> więcej. Będąc ekspresją pozwala zarazem zachować w stosunku do niej dystans"[8]. Oznacza to, że nie jest konieczne zrywanie więzi z samym sobą, ponieważ zdolność do uśmiechu jest tak naprawdę formą medytacji, którą funduje samoświadomość. Owa dystynkcja uśmiechu wiąże się tutaj z wyrafinowaniem, "przetrawieniem" tematu śmiesznej wariacji.
     W śmiechu odsłaniamy zbyt wiele, wystawiamy na światło dzienne swoje wnętrzności. Stajemy się zakładnikami tłumu. W tym sensie rozumiem, że Plessnerowski śmiech bywa szaleństwem. Jest to przecież objaw ostatecznego zatracenia mechanizmów obronnych, szczególnie, gdy w owym tłumie nie posiadamy przyjaciół. Twórca "efektu granicy" - Plessner - poprzez kategorię nieogarniętego śmiechu obrazuje zachwianie procesu otwarcia "granic", które prawidłowo odbywa się w dwóch kierunkach: na zewnątrz i do wewnątrz. Człowiek popada w nieokiełznanie, kiedy najpierw nie potrafi wyznaczyć granicy wewnętrznej, później zaś zewnętrznej.
     Szczególnie ciekawie rozprawia się z tym problemem Roman Jaworski w Historii maniaków - tomie narracji z 1910. W opowiadaniu Bania doktora Lipki przedstawia swoją teorię śmiechu, którą poznajemy dzięki nieprzypadkowej rozmowie bohaterów-szaleńców. W świecie wariatów to właśnie uśmiech stanowi wartość najbardziej pożądaną. Kiedy szpieg donosi o tym, że widział doktora Lipkę, który "się uśmiecha rozkosznie całą gębą"[9] do swojej bani, grupa "żołnierzy" biegnie do ogrodu, by mieć udział w owej uśmiech dającej bani. Jaworski - przyjaciel Witkacego - doskonale zdaje sobie sprawę, że śmiech może być stygmatem szaleństwa, ale przeczuwa także, że to właśnie "śmiech tylko sam jeden może nas wybawić"[10]. Konieczne jest, aby zaznaczyć tu, że gest śmiechu szaleńca Jaworski zawsze opisywać będzie jako rechot. Śmiech, który jest panaceum na zewsząd otaczające "niebezpieczeństwo głosów, szmerów, westchnień"[11], to zdolność do dystansu, otwarcia swoich "granic". W ten sposób Plessner zaprosił nas śmiechem do tematu szaleństwa. Ale powróćmy jeszcze na chwilę do jego kryteriów podziału śmiechu i uśmiechu. Należy raz jeszcze podkreślić, że królestwem śmiechu jest społeczeństwo i panujące w nim relacje. Człowiek w śmiechu odkrywa swoje skłonności stadne. Uśmiech zaś "jest mimiką ducha"[12], wyraża kontemplację; "gdy się pojawia, delikatny blask uśmiechu dodaje piękna, jakby miał w sobie coś boskiego"[13]. Zdolny jest do uzyskania dystansu, rozumianego także, jako bycie eks-centrum, poza własnym środkiem. "Istota bez <<ekscentrum>> nie może obiektywizować, pojmować, nie wie, co to sens, a co nonsens, i dlatego nie potrafi ani się śmiać, ani płakać"[14]. Przez chwilę autor jednak zawahał się, twierdząc, iż śmiech i uśmiech "mają pewne cechy wspólne, sprawiające, że (...) uśmiech może być fazą początkową lub końcową śmiechu, może też śmiech zastąpić"[15].
     Mimo wahań Plessner podaje jednako stateczną odpowiedź na postawione pytanie badawcze o podobieństwo śmiechu z uśmiechem: "Poza pewnymi zewnętrznymi cechami uśmiech nie ma nic wspólnego z prawdziwym śmiechem"[16] - twierdzi.
     Autor Pytania o conditio humana trafnie określa zdolność uśmiechu do aktywnego zachowania spokoju. Widać, że o wiele bardziej sympatyzuje z uśmiechem, faworyzując go ostatecznie w zdaniu: "Śmiejąc się lub płacząc człowiek jest ofiarą swojej duchowości, uśmiechając się - daje jej wyraz"[17]. Uwaga Plessnera o rozróżnieniu zjawisk śmiechu i uśmiechu stanowi istotny element refleksji nad zakresem badań o kulturze śmiechu, ponieważ skłania do podjęcia badawczej decyzji, dotyczącej stopnia istotności jednej z wyodrębnionych i nazwanych przez Plessnera nowych jakości.
     Piotr Szarota - psycholog kulturowy[18], uzupełnia podział Plessnera wskazując na dwa rodzaje uśmiechu: wolicjonalny i automatyczny. Jest to podział według kategorii świadomości zachowania. Uśmiech wolicjonalny występuje wskutek woli nadawcy. Oznacza to, że jest pod całkowitą kontrolą świadomości. Ten rodzaj uśmiechu przynależy do sfery kulturowych wymogów komunikacji niewerbalnej, mimo że można wskazać jego biologiczne mechanizmy działania (impuls powstaje w korze ruchowej, skąd przechodzi do mięśni twarzy[19]). Bodźcem dla uśmiechu wolicjonalnego jest świadoma decyzja uśmiechającego się. W tym sensie mamy do czynienia z "niewerbalnym kłamstwem", które często jest na usługach obyczaju. Uśmiech automatyczny pojawia się na twarzy w sposób spontaniczny, jako autentyczna reakcja emocjonalna na bodziec, niepoddana analizie intelektu. Pisałam wyżej, że Plessner traktuje śmiech, jako eksplozję emocji, a zarazem utratę nad nimi kontroli. Nie zgodziłby się z nim francuski filozof, Henri Bergson, dla którego komizm jest kategorią intelektu, w odróżnieniu od płaczu, który reprezentuje sferę emocji. Dla przedstawiciela intuicjonizmu istnieje jeszcze jedna rzecz różniąca oba te zjawiska: śmiech jak wspomniano wyżej jest przynależny sferze społecznej, płacz wyraża to, co indywidualne. Dlatego "komizm uderza nas jedynie wówczas, gdy trafia na spokojną, nieporuszoną powierzchnię duszy (...) największym zaś wrogiem śmiechu jest wzruszenie"[20]. Tym sposobem środek ciężkości komiki zostaje zdjęty z przedmiotu i przeniesiony w przestrzeń kondycji podmiotu i jego intelektu. Bergson przenosi zjawisko śmiechu w sferę intelektu, odwołuje się do niej, ale nie bezpośrednio także Kazimierz Żygulski - polski socjolog kultury. "Ten, kto się z nami śmieje, należy do naszej wspólnoty"[21] - zauważa on we Wspólnocie śmiechu, której tytuł wiele zdradza o treści. Główna teza badacza mówi, że śmiech (używa także zamiennie pojęcia komizm) jest zjawiskiem integrującym. "Jest to wspólnota połączona szczególną więzią społeczną, nieraz - jak się przekonamy - o charakterze trwałym, a nawet sformalizowanym. Jest to zarazem wspólnota kulturowa, podobna do tej, jaką wytwarza język"[22]. W ten sposób Żygulski zauważa, że zdolność do wspólnego reagowania śmiechem na ten sam bodziec (np. błąd językowy), wytwarza pewną więź, która występuje na wielu społecznych poziomach: rodzinnym, sąsiedzkim, zawodowym - bez względu nawet na powagę danej instytucji. Występuje ona wszędzie tam, gdzie są obecni ludzie.
     Z jednej strony autor pisze, że śmiech "tworzy" wspólnotę, z drugiej natomiast, że: "wspólny śmiech ujawnia kulturalną więź obecnych"[23], a potem dodaje także: "bez tej więzi podobna reakcja nie może powstać"[24]. Czym więc jest owa wspólnota śmiechu? Czy stanowi nową, społeczną jakość? Czy też eksponuje już istniejącą? Wydaje się, że sam autor nie podaje wprost odpowiedzi. Można wręcz zauważyć pewne sprzeczności w rozumowaniu. Żygulski podkreśla związek śmiechu z językiem, ich analogiczność, ale także relację logiczną, w której jedno implikuje drugie. Aby zaistniała wspólnota śmiechu, wcześniej musi zaistnieć więź językowa. Biorąc pod uwagę ten aspekt, musimy stwierdzić, że śmiech nie posiada owych "twórczych" zdolności, a jedynie jest markerem już istniejących korelacji społecznych.
     A zatem owa wspólnota śmiechu, to jakościowe podkreślenie innej wspólnoty śmiechu. Jednak intuicja Żygulskiego, dotycząca "twórczej" potencji śmiechu nie była chybiona. Autor pisze: "Śmiech pozwala identyfikować i selekcjonować. Ten, kto się z nami śmieje, należy do naszej wspólnoty, kto śmieje się z innymi, jest kulturalnie w pewnym sensie obcy, choćby siedział obok nas w jednej sali i jako współobywatel mówił tym samym językiem"[25]. Tak naprawdę twórczy aspekt śmiechu polega na transformacji istniejącej już grupy w jakościowo inną grupę poprzez wykluczenie. To właśnie ono jest najistotniejszym elementem. W taki właśnie sposób Żygulski wyraża się o wspólnocie śmiechu, myśląc w rzeczywistości o jego wykluczeniu. Śmiech jest kolejnym etapem kształtowania się społeczności. Ma moc wyzwolenia z naddanych więzi społecznych, jakim są np. wspólnota języka, wspólnota terenu, czy nawet przynależność do tej samej jednostki społecznej. Jest dobrym narzędziem ostracyzmu, ale także doboru tych, z którymi jest nam z różnych względów lepiej, wygodniej żyć. Śmiech, wobec tego, jest narzędziem świadomego kształtowania się społeczności. Ponieważ według autora można go rozpatrywać w kategoriach uniwersalnych, każdy człowiek jest zdolny do reakcji na dany bodziec śmiechem. "Zdolności uczestniczenia we wspólnocie śmiechu są wrodzone, charakteryzują każdą normalną istotę ludzką"[26]. Zdolność śmiechu do integracji dotyczy każdego, czasami nawet wbrew jego woli. Żygulski opisuje sytuację na sali sądowej, kiedy na skutek niefortunnej wypowiedzi pewnego świadka, zarówno strona oskarżona jak i oskarżająca wybucha śmiechem - "integracja ma wówczas charakter chwilowy, doraźny"[27] - komentuje autor. Ten opis otwiera spektrum problemów badawczych. Przede wszystkim społeczną wielopoziomowość, ale także integracyjność; śmiech potrafi zaistnieć ponad antagonizmem, objawiając wtedy swoje fizjologiczne oblicze (badacz zauważa, że śmiech można rozumieć albo, jako akt fizjologiczny albo, jako zdolność uczestnictwa we wspólnocie śmiechu).
     Przytoczone przykłady podejść badawczych, reprezentują odmienne stanowiska i dzięki temu pozwalają na zrozumienie fenomenu zarówno kultury śmiechu jak i uśmiechu, a przed wszystkim wskazuje na ich odrębne, autonomiczne funkcjonowanie. Charakteryzują się one nie tylko odmienną naturą, ale przede wszystkim posiadają różny potencjał. Funkcjonują na różnych poziomach społecznych, budując odmienne relacje. Jedyne podobieństwo pozostaje w warstwie językowej.

     Językowy obraz śmiechu i uśmiechu

     Idąc tropem badań autora Psychologii uśmiechu, warto przytoczyć rozróżnienie słów "śmiech" i "uśmiech" jakie odnalazł poprzez ich analizę językową. Poprzez łacinę, w której czasownik "uśmiechać się" (subrideo, -ere) jest pochodną czasownika "śmiać się" (rideo), zauważa, że "śmiech jest czymś bardziej pierwotnym czy podstawowym w stosunku do uśmiechu"[28]. Na poparcie tej teorii podaje analizę wyżej wymienionych czasowników w kilku językach germańskich, słowiańskich i romańskich, a jedynie język angielski, rosyjski i szwedzki, jako przykład ją zaprzeczający. Poprzez przegląd najstarszych słowników języka polskiego autor udowadnia, że śmiech i uśmiech również w tutaj były ze sobą mylone. Najbardziej obrazowo wydaje się ten problem realizować definicja ze Słownika języka polskiego Samuela Bogumiła Lindego (1814/1860): "uśmiechnąć się: w łagodny i cichy śmiech twarz układać"[29]. Powołując się na inne przykłady Szarota pokazuje, że do roku 1998 istniało bezpośrednie powiązanie tych dwóch pojęć w ich słownikowych definicjach.
     Problem z poziomu językowego wkradł się także w obszar badań naukowych.
     Odwołując się do analizy współczesnych definicji słownikowych i związków frazeologicznych związanych ze śmiechem, możemy zaobserwować, że istnieją istotne rozróżnienia pomiędzy uśmiechem, śmiechem czy też uśmianiem się. Inny słownik języka polskiego podaje, że uśmiech: "to taki wyraz twarzy, w którym kąciki ust unoszą się do góry i niekiedy odsłaniają zęby. Uśmiech zwykle wyraża czyjąś radość lub wesołość, ale może być też objawem innych uczuć, np. złości"[30]. Porównując tę definicję z innymi znalezionymi we współczesnych słownikach języka polskiego, należy stwierdzić, że denotacje uśmiechu są względnie ujednolicone. Nigdzie też nie mówi się o uśmiechu w kontekście śmiechu. Wszędzie te dwa słowa posiadają oddzielne definicje. Są także ilustrowane poprzez inne związki frazeologiczne.
     W przypadku uśmiechu mówimy o takich związkach jak: "Mieć uśmiech przyklejony do ust (...) <<robić coś nieszczerze, zdawkowo się uśmiechać, być sztucznym, udawać uprzejmość, dobroć>>"[31]. Analizowany przypadek wychodzi poza definicję podstawową, która określa uśmiech, jako bezpośrednią reakcję na emocje. Relacja, jaka zachodzi pomiędzy podmiotem a uśmiechem w wyżej przytoczonym związku frazeologicznym oparta jest na pewnej konwencji. Osoba "przyklejająca sobie uśmiech do twarzy" ma świadomość jego pierwotnego znaczenia. Odwołując się do teorii znaku Mieczysława Wallisa możemy powiedzieć, że znak ikoniczny, jakim jest naturalna reakcja człowieka na radość (uśmiech) został skonwencjonalizowany i stał się znakiem umownym. W tym sensie uśmiech jest maską: gra figurę stylistyczną.
"Uśmiech losu"[32] - to związek frazeologiczny, w którym nastąpiła antropomorfizacja fortuny. Kiedy okoliczności nam sprzyjają mówimy, że uśmiecha się do nas szczęście. Szukając filozoficznych źródeł tej sentencji, należy odwołać się do renesansowej koncepcji fortuny. Niccolò Machiavelli opisuje fortunę, jako coś niezależnego od człowieka, coś, co może mu sprzyjać, ale nie musi, i na co on sam ma znikomy wpływ. Człowiek może fortunie pomagać, poprzez własną aktywność, ale w ostatecznym starciu to los decyduje o tym, kto zwycięży. Wiemy, że los sprzyja przezornym. Ta maksyma odwołuje nas bezpośrednio do filozofów antycznych. Tutaj możemy dostrzec pewne podobieństwo pomiędzy fortuną i fatum. Obie koncepcje opierają się na założeniu, że natura ma przewagę nad człowiekiem.
     Analiza współczesnego znaczenia słów "uśmiech losu" wskazuje na jego kontekstualność. Czy używamy jeszcze tego zwrotu? W jakich okolicznościach? I jaki wydźwięk ma ono aktualnie? Dynamiczny rozwój technologii powoduje, że uczucie sprawstwa jest wystarczające, by nie podlegać czynnikom zewnętrznym. Jest to oczywiście złudne, nie mniej jest to istotny czynnik kształtujący naszego ego. Wciąż są wśród nas Ci, którzy sukcesywnie walczą o jego zmniejszanie, zrzekając się potencji swojego sprawstwa na rzecz nieodgadnionej fortuny.
     "Uśmiechać się pod nosem"[33] - czyli słabo, dyskretnie. Tu również możemy dostrzec grę konwencją. Możemy założyć, dwie wersje. Pierwsza: osoba uśmiechająca się w ten sposób jest świadoma tego, że nadaje pewien komunikat, ale chce go rozmyć do granic niepewności, by w ten sposób wejść w grę z odbiorcą. Podobnie jak malarz portretujący Monę Lisę uchwycił ową igraszkę. Możemy też myśleć, że jest to tak silna reakcja wesołości, że aż nieadekwatna, niestosowna, i dlatego usilnie pacyfikowana, by nie wydała braku manier nadawcy. Co innego znaczy "uśmiechnąć się do kogoś"[34]. Taki uśmiech oznacza pokojowe nastawienie. Wchodząc w interakcje z Innym możemy być potraktowani, jako wróg. By ominąć nieporozumienia można nadać komunikat o swoich zamiarach. Uśmiech to także wdzięczność, którą okazujemy awansem, z nadzieją na spełnienie naszych oczekiwań.
     Zupełnie inaczej definiuje się śmiech. Ma on także bogatsze związki frazeologiczne. Inny słownik języka polskiego podkreśla, że śmiech: "to różne dźwięki, jakie wydajemy, kiedy jest nam bardzo wesoło i kiedy jesteśmy rozbawieni. Śmiech może być też objawem zdenerwowania i złości. (...) Śmiech to także czyjaś reakcja na coś, którą można wyrazić śmiechem np. rozbawienie, drwina, szyderstwo, nawet złość"[35]. Powyższa definicja pozwala zauważyć, że istnieją, co najmniej dwa desygnaty śmiechu. Jeden z nich odnosi się do spontanicznej reakcji, a drugi do możliwości użycia figury, gestu o danej konotacji, by świadomie dać wyraz myśli, stanom emocjonalnym etc.
     Śmiech w kulturze jest znaczący. Kiedy mówimy, że komuś "nie jest do śmiechu", mamy na myśli sytuację, którą oceniamy, jako trudną, poważną. Mówimy w ten sposób o czyimś zmartwieniu. Figurę znaczącą stanowi tutaj "brak śmiechu". To niemożliwość pewnej reakcji opisuje położenie jednostki. Śmiech jest mechanizmem obronnym, pojawia, żeby zatrzymać lawinę smutku. Jest także cenzorem pomiędzy subiektywną tragedią, a jej realnym wymiarem. Ma moc falsyfikowania subiektywnych odczuć - jeżeli coś poddaje się kpinie, ironii, szyderstwu znaczy, że istnieje rozwiązanie, szansa na poprawę. Śmiać nie można się w konkretnych sytuacjach: śmierci, ciężkiej choroby, problemu bez rozwiązania etc.
     Mówimy lekceważąco, że coś jest "śmiechu warte", jeśli oceniamy to, jako nieudane lub niepoważne[36]. W tym znaczeniu śmiech rozumiany jest pejoratywnie, jako zjawisko określające coś plebejskiego. Podobny wydźwięk ma powiedzenie: "śmiać się jak głupi do sera"[37], co oznacza śmiać się bezmyślnie, konotuje głupotę lub niefrasobliwość osoby śmiejącej się. Już starożytni pojmowali śmiech, jako brak cnoty. Przede wszystkim Platon, który twierdził, że śmieszność oznacza słabość człowieka przeceniającego samego siebie[38]. Nie zgadzał się na opisy Homera i Hezjoda, w których pisali oni, jakoby greccy bogowie wybuchali rubasznym śmiechem, który rozchodził się na wszystkie strony Olimpu. Platon uzasadniał swój sprzeciw imperatywem moralnym filozofii. Twierdził, że śmiech to przyjemność, a Ci, którzy szukają prostych uciech, nie są prawdziwymi mędrcami.
     Współczesne badania nad depresją dowodzą, że śmiech nie tylko pomaga pokonać trudne momenty w życiu, ale na poziomie neurobiologicznym prowadzi do wytwarzania niezbędnej do normalnego funkcjonowania dopaminy. Ponadto śmiech może przejawiać się w wielu formach: jako ironia, szyderstwo, sarkazm. Można także "śmiać się w kułak", czyli kpić sobie z kogoś lub czegoś ukradkiem[39]. Dotyczy to sytuacji, gdy ktoś kamufluje swoją kpinę, ironię w na pozór naiwnej wypowiedzi. Ten zabieg retoryczny nie musi spełniać koniecznych dla definicji śmiechu cech. Nie musi być wynikiem wesołego nastroju, ani nie musi być słyszalny. "Śmiech homeryczny", oraz związki frazeologiczne takie jak: "boki zrywać ze śmiechu, pękać ze śmiechu" czy też "pokładać się ze śmiechu" odnoszą się do gwałtowanej reakcji na sytuację zabawną. Taki śmiech jest manifestacją poruszenia, jakie żart, anegdota lub sytuacja wywołało w odbiorcach, jest poza ich kontrolą, nie sposób go uciszyć. "Śmiech na sali" opisuje typ sytuacji absurdalnej, irytującej, na którą nie mamy wpływu. Odwołuje się do społecznej, spontanicznego gestu, kiedy tłum ludzi nagle zaczyna reagować śmiechem. Jest to jasny znak, że zaistniała sytuacja komiczna. Śmiech pełni także funkcję regulacyjną: gdy ktoś nie postępuje zgodnie z ogólnie uznanymi zasadami, zostaje społecznie spacyfikowany przez śmiech. Jest to niegroźne, lecz jednoznaczne wezwanie do zmiany postawy.
     Narzucające się podobieństwo słów "śmiech" i "uśmiech" w języku polskim sugerowałoby, że są one również znaczeniowo bliskie. Polskie zasady stylistyki - lubiące synonimy - skłaniały nawet niektórych autorów i tłumaczy do używania tych słów zamiennie. Przytoczeni wyżej badacze starali się jednak - bardziej lub mniej wyraźnie - zaznaczyć istniejącą między nimi różnicę.


[1] C. Darwin: O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt. Tłum. Zofia Majlert, Krystyna Zaćwilichowska.  PWN, Warszawa 1988, s.231.
[2] Tamże, s. 231.
[3] Znalezione na [http://209.85.129.132/search?q=cache:cq8wESljBRUJ:hal.psych.uw.edu.pl/2006zalaczniki/WYK2.DOC+dowcip+tendencyjny+i+
nietendencyjny+freud&hl=pl&ct=clnk&cd=1&client=opera]
[4] S. Freud: Dowcip i jego stosunek do nieświadomości. Sen - Wydawnictwo KR, Warszawa 1993, s. 122.
[5] H. Plessner: Pytanie o..., s. 195.
[6] Tamże, s.195.
[7] Tamże, s.195.
[8] Tamże, s.198.
[9] R. Jaworski: Historie maniaków. Jirafa Roja, Warszawa 2004, s. 118.
[10] Tamże, s.126.
[11] Tamże, s.126.
[12] H. Plessner: Pytanie o conditio humana..., s.203.
[13] Tamże, s. 206.
[14] Tamże, s. 204.
[15] Tamże, s. 196-197.
[16] Tamże, s,198.
[17] Tamże, s.204.
[18] Autor książki: zob. P. Szarota Psychologia uśmiechu.: Psychologia uśmiechu. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2006.
[19] P. Szarota..., s.19.
[20] H. Bergson: Śmiech. Esej o komizmie. Tłum. Stanisław Cichowicz. Wydawnictwo KR, Warszawa. 2000, s.10.
[21] K. Żygulski: Wspólnota śmiechu. PIW, Warszawa 1985, s. 21.
[22] Tamże, s.19.
[23] Tamże, s.20.
[24] Tamże, s.20.
[25] Tamże, s. 21.
[26] Tamże, s. 21.
[27] Tamże, s. 24.
[28] P. Szarota: Psychologia uśmiechu..., s. 15
[29] Tamże, s.16.
[30] Inny słownik języka polskiego. Pod red. Mirosława Bańko. PIW, Warszawa, 2000, s.943.
[31] Słownik frazeologiczny PWN z Bralczykiem. Oprac. Elżbieta Sobol. PWN, Warszawa 2008, s. 352.
[32] Wielki Słownik Frazeologiczny PWN z przysłowiami. Oprac. Anna Kłosińska, Elżbieta Sobol, Anna Stankiewicz. PWN, Warszawa 2005, s. 594.
[33] Wielki słownik frazeologiczny..., s.  595.
[34] Słownik frazeologiczny PWN..., s. 352.
[35] Inny słownik języka polskiego..., s. 782.
[36] Inny słownik języka polskiego..., s. 782.
[37] Słownik frazeologiczny współczesnej polszczyzny. Oprac. Stanisław Bąba, Jarosław Liberek. PWN, Warszawa 2001, s. 820.
[38] Manfred Geier: Z czego śmieją się mądrzy ludzie? Mała filozofia humoru. Tłum. Joanna Czudec. Universitas, Kraków 2007, s. 27.
[39] Słownik frazeologiczny współczesnej..., s. 821.

do góry


główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów warszaty naukowe archiwum