główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów warszaty naukowe archiwum
Dorota Siwicka

W Chmurokukułkowie, czyli lekkość śmiechu

     1. Przeciw prawu ciążenia
     Żart sprawia, że słowa zyskują nadzwyczajną lekkość. Pozbawia je wagi i powagi. Te słowa są lżejsze, bo niczym starożytni komicy grają w sandałach - nie na koturnach. Poruszają się szybko i niezobowiązująco, łaskocząc palcami ziemię. Mówią, a jakby nie mówiły, gdyż  tylko żartują.
     "Ja przecież tylko żartuję" - objaśniam swą intencję chcąc uniknąć konsekwencji nieopatrznej wypowiedzi, pocieszyć urażonego, rozbroić jego pretensje. Dzięki  aerodynamicznej formie żart tworzy bowiem przestrzeń nieważkości, kreśli niewidzialne nawiasy, między którymi zmniejsza się siła bycia serio. Lekko należy go zatem traktować, a jeśli ktoś nie chce pozbyć się powagi, to znaczy, że albo "nie zna się" na żartach, albo odmawia przyjęcia reguł gry, czyli reguł gatunku. Żarty - podobnie jak komizm - wymagają paktu o zawieszeniu praw ciążenia: "Umowa pomiędzy powieściopisarzem a czytelnikiem powinna być zawarta na samym początku; musi być jasne: to, o czym się tutaj opowiada, nie jest poważne, choćby mowa była i o rzeczach najstraszniejszych"[1].
     To lekkość sprawia, że w świecie śmiechu - niczym w zawieszonym miedzy ziemią a niebem ptasim Chmurokukułkowie[2] -  można mówić to, czego w żadnych innych warunkach powiedzieć się nie da. Tylko tu rozbrzmiewać mogą słowa, które gdzie indziej byłyby niedopuszczalne. Gdyby dodać im ciężaru, mogłyby okazać się nieuzasadnione, nie dość głębokie, niemądre, bezczelne, szkodliwe bądź wręcz zbrodnicze. Z punktu widzenia norm panujących w świecie powagi żart jest bowiem wykroczeniem. Kultura tworzy dla niego rozmaite przestrzenie specjalne (nie tylko sale teatrów komediowych czy plac po bachtinowsku rozumianego karnawału), w których wykroczenie to może być społecznie aprobowane. W ich ramach żarty stają się nie tylko stosunkowo bezpieczną rozrywką, ale i  szczególnie cenioną wartością. Ci zaś, którzy mają dość siły i talentów, by wskazać nowe terytoria swobodnego śmiechu, uchodzą za mistrzów. Budzą wdzięczność tłumów i sympatię wśród koneserów lekkości (w ich ustach "przyciężki żart" brzmi jak nagana).
     Filozofowie nieraz wyrażali przekonanie, że potrzeba śmiechu jest reakcją na przygniatający człowieka ciężar istnienia. Ów ciężar bardzo różnie rozumiano - nic dziwnego, gdyż, prawdę mówiąc, nie ma w naszym życiu niczego, czego za ciężkie uznać by nie można. Właśnie z powodu owego ciężaru osoby poważne twierdzą, że nie sposób bawić się egzystencją, zatem śmiech jest objawem wady umysłu bądź choroby moralnej. Człowiek humoru utrzymuje przeciwnie - ten, kto zrozumiał z życia choć trochę, reagować może tylko śmiechem. W ujęciu humorystycznym śmiech jest bowiem walką z Nieuchronnym Ciężarem Życia (tak, w wykładzie poświęconym lekkości, Italo Calvino strawestował tytuł powieści Kundery)[3]. Ratuje przed przygnieceniem dzięki zdolności do zamiany ciężkiego w lekkie. Daje dystans, czyniąc wydarzenia mniejszymi, minimalizując ich zasięg i skutki, które dzięki błogosławionej zmianie perspektywy nie dotykają nas aż tak bardzo. Podczas gdy dramatyzowanie wyolbrzymia rzeczy i nakłada obowiązki, to w wybuchu śmiechu wysuwają się z naszych rąk ciężary, które nosiliśmy dotąd. Dlatego zresztą, śmiechem tak łatwo zrazić do siebie ludzi czyniących z dźwigania rację bytu: namiętnie cierpiących, zakochanych, różnych dobrych ludzi i naukowców przejętych swą misją, tym bardziej - polityków, generałów, funkcjonariuszy.
     Najpoważniejsza, najbardziej ponura historia może być przedstawiona jako wyjątkowo śmieszna - nie ma odstępstw od tej zasady (także po Holokauście)[4]. Potrzebne są jedynie warunki, te właśnie, które określa "pakt humorystyczny" między autorem i publicznością. Dokonująca się w śmiechu zamiana ciężkiego na lekkie zawiera też zawsze moment kpiny. Czy autor żartuje z przywar swoich współczesnych, czy z ich dumnych póz oraz zmagań z okrutnym losem, to kpi przede wszystkim z wagi, jaką człowiek przywiązuje do własnej osoby. Żart demaskuje tę pretensję do bycia ciężkim, jakby ustawiał na scenie swój własny przyrząd mierniczy i poglądowo udowadniał: spójrzcie sami, te rzeczy nie ważą tyle, ile sądziliście, ile wam wmówiono, że ważą. Gdy w śmiechu ludzie i rzeczy zdają się powracać do swych właściwych wymiarów, ujawnia się pozorność dotychczasowych wag. Teoretycy  mówią wówczas o degradacji bądź dokonującej się w śmiechu desakralizacji, jako sacrum strącane z piedestału traktując najszerzej pojęte świętości - sensy utrwalone i obdarzone oczywistą wartością. Rzecz bowiem nie w tym, że ujawnia się wówczas fałsz owych sensów, lecz - że odpada i znika przywiązany do nich ciężar. To nagłe ulotnienie się balastu daje radość. Pozwala - na chwilę - odetchnąć. Kpina z ciężaru, nawet wówczas, gdy śmiech nie jest szyderczy, należy zatem - jak sądzą humoryści - do natury śmiechu, ujawniając jego radośnie anarchistyczną wojowniczość.
     Lekkość śmiechu ukrywa wszakże pewien paradoks. Ściślej biorąc, ukrywa się on w lekce-ważeniu. Kpina - pisze jeden ze współczesnych jej znawców - "przez to, że nie przyjmuje optyki uniwersalnej, jest z natury lekceważąca. Lekkość jest więc jej postawą, radosną odmową, która jednak pod swym rozbawieniem może być przerażająco nieustępliwa"[5]. Kpina bywa i uparta, i bezwzględna  w odejmowaniu wag, a jej siła rażenia zdaje się nieproporcjonalna do jej lekkości. Muśnięcie żartem ma moc niszczycielską, bywa, że większą od jakże ciężkiej pogardy. Bo śmiech ważąc lekko rzeczy nie lekceważy bynajmniej istnienia ciężaru w świecie, przeciwnie - jeśli jego kpina jest zajadła, to dlatego, iż uznaje w ciężarze groźnego przeciwnika.
     W podobnym kontekście Jean Sareil zapisuje opinię - nieraz zresztą i przez innych teoretyków śmiechu wyrażaną - o pewnej prawidłowości pojawiającej się u wielkich autorów komicznych. Prawie zawsze - pisze - tworzą oni "przesadny obraz świata ciężkiego i brutalnego, lecz tę pesymistyczną koncepcję przedstawiają w radosny sposób, co całkowicie zmienia jej naturę i efekt. Ich refleksja jest ponura, a komentarz pozbawiony złudzeń, lecz ich reakcja jest wesoła, jak przystoi ludziom uważającym, że życie jest źle wymyślone i nic nie da się zrobić[6]". Czy znaczy to, że wielcy autorzy komiczni są wyjątkowymi pesymistami i pisząc bronią się przed lękiem, którym napawa ich ciężar świata? Zapewne często tak się dzieje, lecz ważniejsza jest może ich wrażliwość na ciążenie, a więc rodzaj szczególnego wyczulenia - niczym alergii. Chwila, gdy rzeczy ujawniają swą wagę, lub, mówiąc inaczej, gdy miary naszej kultury nakazują nam uznać je za ciężkie, jest przez  humorystów odczuwana jako opresyjna. Tak, jakby nieznośne dla nich było, że mają ugiąć się pod brzemieniem. Natomiast agelastom lekkość kojarzy się raczej z nienawistną im błahością. Odciążenie myślenia i odczuwania - owo lekceważenie - może się bowiem zdawać mnożeniem i tak dokonującego się w świecie nicościowania, zamianą istnienia w ulotny i miałki proch. Dlatego ludzie poważni skłonni są ograniczać przestrzenie, w których wolno się śmiać - nie gustują w "wykręcaniu się żartem" od obowiązku dźwigania egzystencji. Na przykład Syzyf - mający przecież wszelkie cechy figury komicznej - nigdy nie będzie dla nich śmieszny.

     2. Powaga nowoczesności i śmiech Nietzschego

     "A my - my to, w co się nas wyposaża, wleczemy wiernie na twardych ramionach i przez srogie góry! A kiedy się pocimy, mówią nam: <Trudno jest dźwigać ciężar żywota!>.
     Ale to tylko człowiekowi trudno jest dźwigać samego siebie! A to dlatego, że niesie on zbyt wiele cudzego na swych barkach. Klęka niczym wielbłąd i pozwala się dobrze objuczyć.
     Zwłaszcza silny, juczny człowiek, któremu właściwa jest głęboka cześć, zbyt wiele c u d z y c h , ciężkich słów ładuje na siebie - i oto życie jawi mu się pustynią!" - tako rzecze Zaratustra[7].

     Wypada przypomnieć, że wedle legendy upowszechnionej przez Pliniusza w jego Historii naturalnej Zaratustra miał być jedyną istotą ludzką, która po urodzeniu śmiała się zamiast płakać. W tym też starożytni widzieli jego doskonałość. Święty Augustyn podał natomiast odwrotną interpretację tego cudownego wydarzenia i - co znamienne - umieścił ją w rozdziale Państwa Bożego poświęconym karom doczesnym, którym podlega człowiek ze względu na swój stan przyrodzony. Augustyn pisał: "Wszak niemowlę, choć nie ma świadomości, w jakie pasmo nieszczęść wkracza, jednak rozpoczynając swe życie nie śmiechem, ale płaczem, w pewien sposób zapowiada swoją przyszłość. Jak opowiadają, jeden tylko Zoroaster śmiał się, gdy się narodził, lecz ten dziwaczny śmiech nie zwiastował mu nic dobrego. Albowiem on to, jak się utrzymuje, wynalazł magiczne sztuki, które jednak nie mogły mu dopomóc do zdobycia czczej szczęśliwości [...]". Śmiech, traktowany tu jako dowód potworności słynnego nauczyciela magów, nie mógł stać się sztuczką skuteczną, gdyż - wedle Augustyna - nie istnieje żadna siła zdolna uwolnić człowieka od "ciężkiego jarzma", które "ciąży na synach Adamowych od dnia wyjścia ich z łona matki aż do dnia pogrzebania wszystkich w matce"[8].
     Interpretując ciężar jako bożyszcze europejskiej kultury - z jego dźwigania czyniącej religię - Nietzsche nadaje figurze Zaratustry rangę nauczyciela "wiedzy radosnej". Wkracza tym samym w wielowiekowy spór o wartość śmiechu. 

"A kiedym ujrzał mojego diabła, wydał mi się poważny, dokładny, głęboki, uroczysty. To był duch ciężkości - przez niego upadają wszystkie rzeczy.
Nie gniewem, lecz śmiechem się zabija. Nuże, zabijajmy ducha ciężkości"[9].

     W wybuchu śmiechu Nietzsche dostrzega siłę zdolną wysadzić w powietrze  kulturowe fundamenty i uwolnić świat od "ciężkich słów", także, czy przede wszystkim - od tych najbardziej przez człowieka uwewnętrznionych. Chce wykorzystać moc niszczącą śmiechu, odwracając zarazem tak istotne dla tradycji chrześcijańskiej przekonanie o jego grzesznym rodowodzie.

"Jaki był dotąd największy grzech na ziemi? Czyż nie słowa Tego, kto powiedział: <Biada tym, którzy się śmieją!>
Czyżby sam nie znalazł podstaw do śmiechu na ziemi? Wobec tego źle szukał. Nawet dziecko je znajdzie.
Ów - nie dość miłował; w przeciwnym razie miłowałby również nas, śmiejących się!"[10].  

     Przypominając o Bogu zabraniającym śmiać się Nietzsche prowadzi grę z toposem będącym przez wieki ostatecznym argumentem dogmatycznych krytyków wykluczających śmiech tak ze sztuki, jak z chrześcijańskiego życia - toposem Chrystusa, który ponoć nigdy się nie śmiał[11]. Zaratustra - przeciwnie - przynosi śmiech. Na przekór "duchowi ciężkości" i jego diabelskiej powadze uczy ludzi śmiać się: "Tę koronę roześmianego, tę koronę  z różańca - wam, moim braciom, rzucam te koronę! Uświęciłem śmiech; wyżsi ludzie, n a u c z c i e  s i ę  śmiać!"[12]. Nauka Zaratustry zapowiada zatem przyszłe odkupienie - uwolnienie od narzuconego jarzma, od depresyjnego przygniecenia, które odbiera ludziom możliwość afirmacji istnienia. Jego śmiech staje się darem miłości.
     W perspektywie owego horyzontu wyzwolenia Nietzsche pisze fragmenty ciągnącej się przez jego kolejne dzieła rozprawy o śmiechu. I tak staje się on metaforą dającą rozmaite możliwości interpretacji, które filozof wykorzystuje, obracając każdą z nich na korzyść własnej myśli. Używa bowiem całej ambiwalencji śmiechu. Jest on zatem jednocześnie zabijaniem i miłością, negacją i afirmacją, destrukcją i twórczością, wyniosłym szyderstwem i dziecięcą naiwnością. Jest mocą lekkości i lekkością mocy -  jak taniec. Lecz figura tańca - tak często przytaczana przez komentatorów Nietzschego dla określenia stanu skupienia jego myśli - ma pewien brak: nie wskazuje na istnienie owego groźnego pazura kpiny, którego zawsze użyć może śmiech. Toteż właśnie metafora śmiechu zdaje się lepiej obrazować  charakter tej metody.
     Stawiając pytanie o możliwość istnienia śmiechu filozoficznego Éric Blondel pisał, że  Nietzsche "chciał stworzyć i praktykować filozofię tak, jak rozumiał śmiech: jako wznoszenie, moc, dystans, oderwanie, oddalenie, ale także (na wzór Spinozy) jako pochwałę dla afirmacji, radości, przyjemności życia, uznanie dla siły i aktywności, a więc - odrzucenie uczuć i postaw negatywnych, depresyjnych, żałobnych"[13]. Wskazując na użyteczność śmiechu w polemice antydogmatycznej i antysystemowej (tu naturalnym kontekstem dla myśli Nietzschego są nazwiska Schopenhauera, Kierkegaarda, Marksa), podkreślał zarazem, że, nawet wciągnięty w obręb filozofii, śmiech pozostaje zasadniczo na zewnątrz niej, w opozycji do ustanowionych przezeń świętości. Śmiech - pisał Blondel - odkrywa "mrówki pod jej kamieniem"[14] i samą filozofię czyni przez to śmieszną. Lecz tego właśnie potrzebuje myśl: musi  śmiać się z własnej powagi. "I fałszem niech będzie dla nas każda prawda, która choć raz nie wzbudziła śmiechu!" - rzecze raz jeszcze Zaratustra[15].     
     Dobra i prawdziwa myśl przejść musi przez próbę - przez oczyszczające morze śmiechu. Pisząc tak autor Radosnej wiedzy kreśli nie tylko model poznania, ale i wzorzec  kultury domagającej się kpiny z każdej zastygłej idei i z każdej ukonstytuowanej wartości. Także wówczas, gdy patrzy historycznie, Nietzsche podkreśla naprzemienność kształtowania się i rozbijania, powagi i śmiechu. Pisze zatem o wielokrotnie pojawiających się w dziejach "nauczycielach etycznych" , którzy przychodzą, by obarczyć swą epokę  wskazaniem nowego celu istnienia i tym samym zastąpić stare ciężary nowym. "Tak! Ten nauczyciel nie chce, byśmy się  ś m i a l i  z istnienia ani z samych siebie - ani też z niego; jednostka jest dlań zawsze jednostką, czymś poważnym, ostatecznym i niesłychanym [...]". Jak dotąd  - twierdzi Nietzsche - następowała jednak "korekta śmiechu" i "krótka tragedia" znów zmieniała się w "wieczną komedię istnienia". Nie oznacza to wszakże zwycięstwa komedii, przeciwnie - nowoczesność, jak żadna inna epoka, potrzebuje "wciąż nowych występów owych doktrynerów".  Toteż  "od czasu do czasu rodzaj ludzki będzie wciąż na nowo dekretował: <jest coś, z czego absolutnie nie wolno się śmiać!>"[16].       
     Nietzscheańska wizja radosnej kultury powstaje zatem w cieniu przekonania o nieustannie jej zagrażającym "prawie ciążenia", które nakazuje ludziom wyznaczać przestrzenie dla śmiechu niedozwolone. Powstaje wobec oczywistości, że walka trwa, a jej zakończenia nie widać.

     3. Super Light
     Dzieje śmiechu składają się z przypływów i odpływów, jakby kierował nimi jakiś nieznany księżyc. Nietzsche mógł mieć tylko przeczucie, że przypływ właśnie nadchodzi. A to, co z owego przeczucia zapisał, dziś jest szczególnie intrygujące. I prowokuje do pytań.

"[...] Jesteśmy pierwszym uczonym stuleciem - pisał mając na myśli wiek dziewiętnasty - in puncto <kostiumów>, rozumiem, morałów, wyznań wiary, smaków artystycznych i religii, przygotowani, jak żadna jeszcze epoka, do karnawału w wielkim stylu, do najuduchowieńszego śmiechu i szaleństw zapustnych, do transcendentalnej wyżyny najszczytniejszego błazeństwa i arystofanicznego wyszydzania świata. Być może, iż tu właśnie odkryjemy dziedzinę naszego  w y n a l a z k u,  dziedzinę, w której zdobyć się możemy jeszcze na oryginalność, na przykład jako parodyści dziejów świata i arlekiny Boga, - acz nic dzisiejszego nie ma przed sobą przyszłości, to jednak  ś mi e c h  nasz może mieć ją właśnie"[17].

     Po pierwsze pytamy o to, czy lub w jakiej mierze Nietzscheańskie przeczucie się sprawdziło. Czy sprawy  rzeczywiście potoczyły się tym trybem, a my - ponad prawdziwie szatańską powagą większej części wieku dwudziestego - staliśmy się spadkobiercami wizji radosnej kultury, może organizatorami "karnawału w wielkim stylu"?
     W ciągu ostatnich dziesięcioleci pojawiły się - w Europie i za oceanem - setki, tysiące książek poświęconych śmiechowi. Ich autorami są przedstawiciele wszelkich dyscyplin: filozofii, teologii, antropologii, historii, socjologii, gender studies, psychologii, medycyny, lingwistyki... i nikt już ich wszystkich nie przeczyta. Zalew tych książek zdaje się reakcją na niewątpliwą inwazję śmiechu, której uległa współcześnie kultura, przede wszystkim w jej codziennym, powszechnie dostrzegalnym wydaniu. Wszystkie one - pośrednio a często wprost - próbują odpowiedzieć na pytanie o sens jej ludyczności. I można  odnieść wrażenie, że pośród osób piszących o śmiechu jest dziś niewielu jego apologetów, którzy bez zastrzeżeń  podzielaliby entuzjazm autora Wiedzy radosnej.
     "Kolektyw śmieszków to parodia ludzkości. Są monadami, z których każda - kosztem każdej innej i mając za sobą większość - gotowa jest na wszystko i stąd czerpie uciechę" - piszą, już w roku 1969, Horkheimer i Adorno[18]. W roku 1983 Lipovetsky poświęca pięćdziesiąt stron swej książki krytycznej charakterystyce "społeczeństwa humorystycznego" i oznajmia kres istnienia śmiechu[19].  W 1986 Baudrillard stwierdza obsesyjną obecność śmiechu w mediach i pisze: "Sztuczny śmiech w amerykańskiej telewizji zastąpił chór z tragedii greckiej"[20].  Krytyczne głosy można długo mnożyć i zapewne niektóre z nich należą do agelastów.  Lecz można też mówić o zdziwieniu  dzisiejszym, przemienionym śmiechem, który zdaje się inaczej powstawać i czemu innemu służyć niż ten dawny - uwalniający i ocalający. O zaniepokojeniu skłaniającym do przemyślenia wielu kwestii na nowo.
     Śmiech stał się bowiem naturalnym środowiskiem człowieka, tworzonym tak przez media i reklamy, jak przez architekturę, wzornictwo czy modę, a także swobodny, "lajtowy" styl bycia. Żart, koncept, dowcip opuściły wydzielone przestrzenie oraz ograniczenia czasu, które nadawały sens karnawałowi. Coraz rzadziej już muszą walczyć o swoje terytorium. Czy trudnią się jeszcze zamianą ciężaru w lekkość? Nawet jeśli ciężar nadal przypisywany jest egzystencji śmiertelnych ("od dnia wyjścia ich z łona matki aż do dnia pogrzebania wszystkich w matce"), to jego istnienie znika ze sfery komunikacji, nie posiada reprezentacji, nie znajduje miejsca w języku. Zajęła je lekkość. Rzesze medialnych specjalistów tropią wprawdzie potencjalne ciężary, by przerobić je na źródła śmiechu, lecz czynią to w takim tempie, że zanim odbiorca zorientuje się w istnieniu ciężaru, zanim poczuje, jak mógłby mu doskwierać, otrzymuje już jego komiczne odbicie. Rozrywkowa wersja light często wyprzedza wersję hard. Talentu, sił i odwagi wymaga zatem publiczne przedstawienie ciężaru jako ciężaru.
     Oczywistość przekonania, że tworzenie brzemion jest stałą cechę kultury, przynależną jej właściwością, źródłem cierpień, przed którymi trzeba się bronić, staje się dzisiaj wątpliwa. Powstaje więc pytanie, czy koncepcja wyzwalającej roli śmiechu nie jest tylko skrętem myśli, pomysłem intelektualnej formacji, pojawiającej się w określonym momencie historii - nazwijmy go epoką ciężaru - która może właśnie przemija. Może do następnego odpływu,  może do czasu, gdy księżyc zgaśnie nad Chmurokukułkowem.


[1] Milan Kundera , Dzień, w którym Panurg nie będzie już śmieszył, w: Zdradzone testamenty, tłum. Marek Bieńczyk, Warszawa 1996, s. 10.
[2] Chmurokukułkowo (Nephelo-Kokkygia) - komediowa wersja utopii, miasto założone przez ludzi i ptaki z Ptaków Arystofanesa.
[3] Italo Calvino, Wykłady amerykańskie, tłum. Anna Wasilewska, Gdańsk, Warszawa 1996, s. 12-13.
[4] Por. np.  analizę Andrew Stotta dotyczącą komicznych ujęć Holokaustu, Comedy, New York and London, 2005. p.120-126.
[5] Jean Sareil, L'écriture comique, Paris 1984, s.22.
[6] Tamże, s. 24.
[7] Friedrich Nietzsche, To rzekł Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo, przeł. Sława Lisiecka i Zdzisław Jaskuła, posłowie Michała Pawła Markowskiego, Warszawa 1999, s. 249.
[8] Święty Augustyn, O państwie Bożym. Przeciw poganom ksiąg XXII, przeł. i oprac. Wiktor Kornatowski, Warszawa 1977, s. 525-526.
[9] Friedrich Nietzsche, To rzekł Zaratustra..., op. cit., s. 50-51.
[10] Tamże, s. 372-373.
[11] O historii tego toposu zob. np.  Jacques Le Goff, Czy Jezus się  śmiał?, [w]: Długie średniowiecze, tłum. Maria Żurowska, Warszawa 2007 oraz: Bernard Sarrazin, Jésus n'a jamais rit. Historie d'un lieu commun, [w:] La Comédie sociale, sous la direction de Nelly Feuerhahn et Françoise Sylvos, Saint-Denis 1997.
[12] Friedrich Nietzsche, To rzekł Zaratustra... , op. cit., s. 375.
[13] Éric Blondel, Le risible et le dérisoire, Paris 1988, s. 98.
[14] Tamże, s.97.
[15] Friedrich Nietzsche, To rzekł Zaratustra..., op. cit., s.296.
[16] Friedrich Nietzsche, Radosna wiedza ("La gaya scienza"), przeł. Małgorzata Łukaszewicz, Gdańsk 2008, s.39-40.
[17] Fryderyk Nietzsche, Poza dobrem i złem, przeł. Stanisław Wyrzykowski,  Warszawa 1907, s. 180.
[18] Max Horkheimer, Theodor W. Adorno, Dialektyka oświecenia, przeł. Małgorzata Łukaszewicz, przekład przejrzał i posłowiem opatrzył Marek J.Siemek, Warszawa 1994.
[19] Gilles Lipovetsky, L'ère du vide. Essais sur l'individualisme contemporain, Paris 1983, p.194-246.
[20] Jean Baudrillard, Ameryka, tłum. Renata Lis, Warszawa 1998, s.66.

do góry


główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów warszaty naukowe archiwum