główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów warszaty naukowe archiwum
Dobrosława Wężowicz-Ziółkowska, Wojciech Borkowski

O u-śmiechu biologicznie i memetycznie

     Jak zauważa Irenaus Eibl-Eibesfeldt[1], najbardziej chyba znany etolog człowieka, śmiech i uśmiech są zachowaniami przejawianymi przez wszystkich przedstawicieli gatunku Homo sapiens od najwcześniejszych tygodni życia i na podstawowym poziomie znaczącymi praktycznie to samo w każdej kulturze. Przejawiają je nawet głucho-niewidome niemowlęta, i to także takie, którym wrodzone głębokie upośledzenie umysłowe uniemożliwia nauczenie się jakiejkolwiek czynności. Świadczy to niewątpliwie o wrodzonym, czyli genetycznym przekazywaniu zdolności do nadawania i odbierania tych sygnałów, i oczywiście o ich ewolucyjnym pochodzeniu. Nawet niechętnie przyznająca ludziom prawo do wrodzonych zachowań Susan Blackmore zauważa, że ludzki śmiech, podobnie jak płacz, są dźwiękami, których neuronalne sterowanie znajduje się w śródmózgowiu, podobnie jak sterowanie wszelkich dźwięków wydawanych przez zwierzęta, a przeciwnie do sterowania mową znajdującym się w ośrodku Brocka w korze mózgowej[2].
     Żadnych wątpliwości co do biologicznego, wrodzonego charakteru tych sygnałów nie pozostawia też Edward O. Wilson. Definiuje on "sygnał" jako każde zachowanie przenoszące informacje od jednego osobnika do innego, niezależnie od tego, czy spełniałoby jakieś inne funkcje, natomiast wzorzec behawioralny wyspecjalizowany jedynie w przenoszeniu informacji nazywa "pokazem"[3]. Śmiech i uśmiech są w rozumieniu biologii właśnie pokazami, ich mechanizm i rola są zdefiniowane genetycznie, a ewolucyjna geneza jest bardzo odległa i sięga, co najmniej, początków gromady ssaków.
     Każde zwierzę posiadające choćby minimalnie rozwinięty układ nerwowy i narażone na konkurencję osobników swojego gatunku staje czasami w obliczu konieczności stoczenia walki - na równi dotyczy to kraba, chrząszcza, ryby, jaszczurki, ryjówki, małpy itd. itp.. Walka jest niebezpieczna. Nawet zwyciężając można w niej odnieść obrażenia eliminujące z dalszej "walki o byt", więc oczywiście lepiej by było jej uniknąć, czy też przeprowadzić w jakiś "cywilizowany" sposób. Wytwarza to silną presję ewolucyjną na pojawienie się sygnałów, a właściwie właśnie "pokazów" grożących. Gwarantują one, że wkraczający w sytuację konfliktową inny osobnik tego samego gatunku zostanie ostrzeżony i ma szansę wycofać się, jeśli wkroczenie takie było przypadkowe, lub też, dzięki czasowi poświęconemu na grożenie albo samej czynności grożenia, zorientował się, iż potencjalny przeciwnik nie gwarantuje łatwego zwycięstwa.
     Takie "demonstracje" powstawały w ewolucji wielokrotnie i niezależnie, a często też bywały w historii ewolucyjnej danej grupy modyfikowane lub zmieniane na inne - choćby wtedy, gdy stary sygnał nie mógł już spełniać swojej roli (np. subtelny lub kolorowy sygnał wizualny u zwierząt, które przeszły na nocny tryb życia). Przykładowo gady ostrzegają lub demonstrują agresję zwykle za pomocą szerokich "gestów" ogona i kończyn, a niekiedy wyspecjalizowanych organów - grzebieni, kryz itp.. Dodają do tego proste dźwięki - akurat odpowiednie dla niezbyt czułego słuchu jakim dysponują. Ich potomkowie - ptaki, wykorzystują te same metody, choć często wysubtelnione dzięki możliwościom, jakie dają kolorowe pióra oraz lepszy słuch i zdolności wokalne. Z kolei nie posiadające kończyn węże musiały poprzestać na unoszeniu głowy i/lub uderzaniu końcówką ogona, ewentualnie uwydatniając te bodźce kontrastową kolorystyką skóry i "przydatkami" w rodzaju "kaptura" czy grzechotki. W ciemności nocy pozostaje im jednak głównie syczenie.
     Kolejni potomkowie gadów, którzy przeszli do nocnego trybu życia to nasi przodkowie - wczesne ssaki. Przez długie miliony lat mezozoiku jako drobne zwierzęta przemykały przy ziemi i po gałęziach drzew w poszukiwaniu jeszcze drobniejszych ofiar - głównie owadów. Za jedyną broń ofensywną miały swoje zróżnicowane i ostre zęby[4]. A zęby te osłonięte były wargami - narządem niezbędnym do ssania mleka w młodości, choć niewątpliwie generalnie przydatnym przy jedzeniu także w wieku dojrzałym. Jak możemy się domyślać, skurcz warg odsłaniający garnitur jasnych zębów wśród ciemnego tła był sygnałem wystarczająco czytelnym nawet w "świetle gwiazd", ale "dla pewności" ewolucja dodała jeszcze sygnał dźwiękowy.
     Taki pokaz grożący wspólny jest zapewne wszystkim ssakom zdolnym go wykonać[5], choć oczywiście podlegał różnym modyfikacjom, niekiedy dramatycznie zmieniającym jego znaczenie. Używają go nagminnie ssaki drapieżne, różnicując i stopniując za pomocą "gestów" głowy i całego ciała oraz różnorodnych dźwięków - od cichego syku, poprzez pisk, warczenie, aż do ryku. U koniowatych w połączeniu z położonymi uszami jest nadal sygnałem grożącym, ale gdy uszy "stoją" zmienia się w przyjacielskie powitanie, a u klaczy, w połączeniu z uniesieniem zadu i przesunięciem na bok ogona jest zaproszeniem do kopulacji[6].
     Naczelne - nasi bezpośredni przodkowie - oczywiście odziedziczyli ten mechanizm, a w toku ewolucji, która u nich wiązała się z postępującym wzrostem znaczenia społeczeństwa, zróżnicowały go odpowiednio do pojawiających się potrzeb. Według hipotezy Van Hooffa[7] z tego pierwotnego grymasu powstały zróżnicowane znaczeniowo "prezentacje". Z jednej strony jest to "obronne grożenie pod wpływem strachu", wyrażane przez obnażanie przednich zębów[8] oraz przy większym nasileniu bodźca charakterystyczny "krzyk z obnażonymi zębami", informujący o krańcowym strachu, uległości, ale także gotowości do desperackiego ataku. Z drugiej strony występują typowe sygnały grożenia, przy których najważniejszym elementem jest pokazywanie kłów i to zwłaszcza dolnych, oraz przejawiany głownie zespołowo sygnał agresji - stado małp do grożącego grymasu dodaje rytmiczne, mniej lub bardziej zsynchronizowane dźwięki[9]. Odpowiednikiem tego zachowania jest właśnie ludzki głośny śmiech. Nie bez ewolucyjnej przyczyny jest on zaraźliwy, odczuwany jako cementujący więzi społeczne i nierzadko agresywny - nastawiony przeciwko komuś. Często naśmiewamy się z kogoś, ustalając w ten prymitywny (i właściwy primatea) sposób granicę swoi-obcy. Niemal każdy z nas był kiedyś uczestnikiem tego rodzaju procesu społecznego - w przypadku osób wykształconych raczej w młodości, gdyż zaawansowana socjalizacja ogranicza takie zachowania "kulturową smyczą". Ale nawet śmiejąc się z dowcipów często śmiejemy się z "innych", najlepiej pochodzących z obcych narodów, odległych klas społecznych lub będących odmiennej płci (choćby znana wszystkim seria o "Polaku, Rusku i Niemcu" czy słynna "baba przychodząca do lekarza"). I nawet osoby o wysokiej kulturze osobistej nie są tu wolne od grzechu. Wystarczy, że tymi "innymi" będą przedstawiciele znienawidzonej opcji politycznej lub mieszkańcy ościennego kraju w przededniu wojny.
     Za to uśmiech niemal nigdy w takich kontekstach nie występuje[10]! Niezależnie od kultury jest to zawsze sygnał łagodzący agresję, wstępna informacja o pokojowych zamiarach, czasem sygnał bezradności i bezgłośna prośba o pomoc, często element rytuału nawiązywania znajomości, przyjaźni, a nawet więzów erotycznych. Stąd też Eibl-Eibesfeld wątpi w pochodzenie uśmiechu od małpich sygnałów grożących i skłania się ku hipotezie wiążącej powstanie uśmiechu ze zrytualizowanym gestem "czesania w powietrzu". Wiele gatunków naczelnych przeczesuje sierść swoich współtowarzyszy za pomocą siekaczy i taki ruch wykonywany w powietrzu z odsłonięciem przednich zębów stanowi przyjacielskie zaproszenie do takiej "usługi"[11]. Wilson i Van Hoof uznają jednak, że uśmiech pochodzi raczej od małpiego sygnału nazywanego "rozluźniona mina z otwartym pyskiem", w którym kąciki warg nie są tak od siebie oddalone jak w grymasie agresji, wargi zasłaniają przynajmniej najgroźniejszą część zębów - dolne kły. Towarzyszą temu spokojne, "pokojowe" ruchy ciała i oczu, ale płytki, przyśpieszony oddech sygnalizuje zapewne "ochotne podniecenie"[12]. Pokaz taki służy najczęściej zaproszeniu do zabawy, a u szympansów towarzyszy mu jeszcze dźwięk podobny do "ahh ahh ahh". Sygnał można by przetłumaczyć - "cokolwiek teraz zrobię, to będzie zabawa", podobnie jak to jest w przypadku poszturchujących się i poklepujących przyjacielsko mężczyzn[13].
     Wydaje się zresztą, że u przedstawicieli współczesnej cywilizacji zachodniej to rubaszne zachowanie występuje zwykle w sytuacjach zmniejszonej kontroli kulturowej - wśród kibiców zawodów sportowych czy po spożyciu alkoholu. Inne role uśmiechu i jego subtelniejsze znaczenia są zapewne ewolucyjnie młodsze i może przez to bardziej podatne na kulturowe modyfikacje, ale tutaj, podobnie jak w przypadku ewolucji języka, skazani jesteśmy głównie na domysły - zarówno słowa, jak i uśmiechy nie zachowują się w postaci kopalnej.
     Na szczęście w przypadku tych ostatnich, dysponujemy artefaktami - artystycznymi ekspresjami stworzonymi przez naszych przodków. Najwcześniejsze z nich pochodzą z górnego paleolitu. Nie były one jeszcze wtedy szczególnie rozpowszechnione, ale trudno też mówić o "powszechności" artefaktów w odniesieniu do lokalnych kultur tego okresu, takich jak na przykład kultura grawecka, datowana na ok. 25.000 lat przed naszą erą. Tym niemniej już w tych bardzo odległych czasach, z których pochodzi na przykład tzw. Wenus z Brassempouy [14], odnajdujemy taki sposób przedstawienia "rozluźnionej miny", spokojnego ruchu ciała i oczu, który od zarania dziejów zdaje się stanowić istotny kontekst mimiczny ludzkiego (a zwłaszcza - kobiecego) uśmiechu. Staje się to szczególnie widoczne, gdy to paleolityczne dzieło, uznawane za najwcześniejszą artystyczną ekspresję ludzkiej twarzy[15], zestawimy z młodszym od niego o 26.500 lat i najlepiej chyba znanym wizerunkiem uśmiechniętej kobiety - portretem Mony Lisy[16].
     Zdumiewające (biorąc pod uwagę odległość w czasie) podobieństwo ujęcia tematu skłania do głębszych rozważań nad sformułowaną przez biologów, psychologów ewolucyjnych i antropologów teorią istnienia długowiecznej, transmitowanej przez pokolenia informacji kulturowej, która "może być dostrzeżona przez narządy zmysłów innych osobników i wdrukowując się w ich umysły[17], replikować dalej przez naśladownictwo. Takie jednostki dziedziczności pozagenetycznej współcześni, postdarwinowscy zwolennicy ewolucji kulturowej zwykli nazywać "memami"[18].
     Mimo istotnych różnic między tymi jednostkami a replikatorami generatywnymi, które dotyczą zwłaszcza odmienności dróg ich transferu oraz wierności replikacji, teoria ta przyjmuje, iż podobnie jak geny, memy podlegają ogólnym prawom doboru (przeżywalności, selekcji i wariantowości), tj. prawom ewolucji. Bada zatem, w jaki sposób memy rozwijają się poprzez selektywną kreację i transmisję informacji za pośrednictwem biologicznych i pozabiologicznych mediów - głosu, gestu, obrazu, języka, pisma itd. W jednej z ciekawszych prac memetycznych ostatnich lat, pt. MemeStreams... psycholog ewolucyjna Liane Gabora, ów proces transmisji informacji kulturowej przedstawiła następująco:

Jestem memem, fragmentem informacji ulokowanym w czyimś umyśle. Umysł, w którym tkwię, to umysł polityka. To wyjątkowy moment, mój gospodarz jest w telewizji. Jest zdenerwowany, bo zadają mu zbyt osobiste pytania. Kiedy tak się czuje, wywołuje mnie na powierzchnię strumieniem swoich myśli.
Teraz mówi "Nie odbiegajmy od tematu ...". Dobry znak. Słyszałem to już wcześniej, a potem wprowadził mnie do akcji. Mnie i mem "tematu" - pracujemy razem nad sprowadzeniem jego oponentów do parteru.
Hej, czuję, że zbliża się mój moment...Oto nadchodzę z pomocą, i tak kurczą się mięśnie jego twarzy, a struny głosowe zaczynają wibrować. Jeszcze chwila mojej pracy i..."ha, ha, ha" rozlega się ironiczny śmiech mojego polityka.
To był mój wielki debiut w telewizji. Jestem maleńkim segmentem informacji, która pozwala mojemu gospodarzowi wydać ironiczny śmieszek, kiedykolwiek jest zdenerwowany. Nie jest to szczególnie imponujące, przyznaję. Niektórzy nawet odmawiają mi statusu memu. Jednak prawda jest taka, że nigdy nie znalazłbym się w umyśle mojego polityka, gdyby jego ojciec nie wydawał podobnego śmieszku. To chyba kwalifikuje mnie jako informację transmitowaną kulturowo, nieprawdaż? Tak czy inaczej, oto nadszedł mój moment chwały, w tym właśnie momencie zagnieżdżam się w umysłach miliona widzów. Ci, którzy okażą się podatni, i którym może przydać się nerwowy śmieszek, w którym się specjalizuję, ci z pewnością pozwolą mi ponownie objawić światu moje istnienie.
Nazajutrz po moim występie pewną aktorkę podłączono do aparatu rejestrującego ruchy mięśni twarzy. Dane zostały zanalizowane komputerowo, a następnie użyte do animacji aniołka. W kilka miesięcy później animacja stała się kasowym przebojem.
Hej, to znowu ja. Mam nową zabawę: powoduję, że moja aktoreczka śmiejąc się, unosi brwi. Zostałem zmutowany! Czy to rekombinacja? Nie ma znaczenia, grunt, że jeśli potrafię t a k i e rzeczy, muszę być prawdziwym memem. Ciekawi mnie tylko, czy to ona uniosła brwi wydając śmieszek, czy też spece od animacji dodali to komputerowo do swojego aniołka?[19].

     W rozważanym tu przypadku założenie bezpośredniego, a nawet pośredniego naśladownictwa przez Leonarda tej wczesnej, artystycznej postaci "rozluźnionej miny", jaką prezentuje Wenus z Brassempouy nie wchodzi oczywiście w rachubę. Figurka została odnaleziona nieomal czterysta lat po tym, kiedy florencki kupiec Francesco Giocondo zamówił u da Vinci portret swojej żony. Znacznie łatwiej, natomiast, z pomocą teorii memetycznej wyjaśnić drogę szerzenia się i kreatywnej selekcji wzorca informacji kulturowej, jakiego nośnikiem jest sama Mona Lisa - memu łagodnego i tajemniczego uśmiechu skorelowanego (jako ko-mem[20]) z plastycznym wyobrażeniem zniewalającej urody kobiecej. Poczynając bowiem od prac Rafaela, który - konkurując z da Vincim - wkrótce po Monie Lisie przedstawił światu Magdalenę Doni i Damę z jednorożcem (1506)[21], przez Georgio Vasariego i jego Żywoty najsławniejszych malarzy...(1550) po kolejnych propagatorów i naśladowców Leonarda - Hansa Holbeina, Petera Paula Rubensa i Rembrandta van Rijn, Mona - wzorzec miała coraz lepsze warunki replikacji[22].
     Według historyków sztuki jednak naprawdę wielką (masową?) popularnością zaczęła się cieszyć dopiero od 1911 roku, kiedy to jej wykradzenie z Luwru zostało nagłośnione przez prasę[23]. Fakt ten potwierdza nie tylko, podnoszoną przez niektórych, memetycznie zorientowanych folklorystów i socjologów[24] istotną wagę tzw. haka w propagacji replikatorów kulturowych, ale i trafność spostrzeżeń wielu memetyków, dotyczących silnych związków pomiędzy szerzeniem się memów a rozwojem coraz sprawniejszych mediów[25], przyspieszających znacząco przekaz, a więc i tempo upowszechniania treści kulturowych. Po części potwierdza również rozpoznanie Richarda Dawkinsa, Richarda Brodiego i in., uznających memy za wirusy umysłu, zaraźliwe wzorce informacji, które - podobnie jak wirusy biologiczne - szerzą się i wywołują epidemie, korzystając z przestrzennej bliskości swych potencjalnych nosicieli. Taką para-biologiczną bliskość nosicieli gwarantują memom gwałtownie rozwijające się media, co jest charakterystyczne zwłaszcza dla "drugiego progu umasowienia"[26] oraz tzw. nowe media, których efektem jest dominująca aktualnie nad kulturami lokalnymi kultura globalna.
     Analiza popularności i obszaru replikacji memu tajemniczo uśmiechniętej Mony Lisy w kontekście możliwości, jaką uzyskał on zwłaszcza wraz z pojawieniem się Internetu nie pozostawia wątpliwości co do związku zachodzącego pomiędzy szybkością i łatwością transferu "poziomego" (epidemicznego) a jednostkami dziedziczności kulturowej. Jego płodność i skuteczność infekowania różnych nosicieli potwierdzają setki, jeśli nie tysiące, ujęć, zapożyczeń i przetworzeń. Dzięki wyszukiwarce grafik Google można zbadać ogromny zbiór tych przetworzeń[27]. Część z nich to wciąż jeszcze sztuka, choć niekiedy bardzo nowoczesna, część to "sztuka użytkowa" - wzorowane na obrazie pastisze, okładki czasopism, breloczki itp.[28]. Ale większość to już kultura masowa lub typowe dla "sztuki internetowej" przetworzenia i rekombinacje motywów (memów!) pochodzących z różnych źródeł popkulturowych, których głównym celem jest zaszokowanie lub rozbawienie odbiorcy niespodziewanymi zestawieniami.
     O popularności memu Mony Lisy pośrednio może świadczyć fakt, że wyszukiwarka grafiki Google zwraca ponad 3 mln. odpowiedzi na takie "zapytanie". Oczywiście sporo z nich ma niewiele wspólnego z omawianą tu jednostką dziedziczności, ponieważ już sama nazwa obrazu stała się niezależnym memem i zwykłym ludziom służy do podpisywania różnych grafik i fotografii - od nieznanych autorowi zdjęcia rzeźb i pomników po koleżanki i narzeczone. Zwraca uwagę fakt, że pewna cześć to zdjęcia kobiet zawodowo zależnych od prezentowania własnych wdzięków...
     Odnajdywanie w tej powodzi obrazów przykładów choćby zbliżonych do oryginału wymaga tak złożonego narzędzia, jak ludzki mózg, choć Google wciąż pracuje nad rozwiązaniami bardziej automatycznymi, wykorzystującymi zarówno najnowocześniejsze algorytmy rozpoznawania obrazów, jak i "memetyczne" w swej istocie techniki "organizowania informacji" uzyskanej z analizy treści i ruchu w internecie[29].
Na pytanie o powody tak licznego powielenia się tej właśnie kulturowej informacji wąsko pojmowana memetyka daje tylko jedną odpowiedź - jest to dobry (czytaj - skuteczny) mem[30]. Nie jest to jednak odpowiedź do końca satysfakcjonująca, uchyla bowiem kolejne, znacznie trudniejsze pytanie - dlaczego jest tak skuteczny? Dlaczego, mimo upływu wieków, nie zniknął, nie roztopił się pośród milionów innych informacji kulturowych, dlaczego wciąż znajduje nosicieli i szerzy się, nawet dziś, w świecie kulturowo tak prawie odległym od quattrocento, jak odległy był od górnego paleolitu Leonardo da Vinci? Czy jest to tylko sprawa medium?
     Pośród licznych humanistycznych teorii wyjaśniających nieoczekiwane ekspresje artystyczne i ich zdumiewającą trafność, przejawiającą się w akceptacji i popularności dzieła we wszelakich kręgach odbiorców, zarówno wykształconej publiczności, jak też pośród "maluczkich", w zasadzie tylko jedna pozwala tłumaczyć ponadczasowość, wiecznotrwałość i popularność danego dzieła. To teoria archetypów Carla Gustawa Junga, głęboko osadzona w jego biologicznych intuicjach. Przedstawia ona twórcę jako człowieka kolektywnego, który "przenosi i kształtuje działającą nieświadomie duszę ludzkości"[31] i traktuje artystę jako bezosobowy ludzki proces, w którego trakcie konkretny człowiek (powiedzmy Leonardo) ulega wrodzonym, opanowującym go popędom, czyniącym go swym narzędziem na drodze poszukiwania ujścia, wyartykułowania się. "Nie Goethe tworzy Fausta - pisze Jung - lecz psychiczna komponenta Faust tworzy Goethego"[32]. Poprzez twórcę i skonkretyzowane jego ręką "wizje" dochodzi do głosu (i formy!) zbiorowa nieświadomość, pra-Matka Natura, którą chyba - bez nadinterpretacji - a z użyciem współczesnego języka ewolucjonizmu, można by nazwać po prostu pamięcią genetyczną.
     Ta pamięć to jedyne rozsądne wyjaśnienie zdumiewającej ciągłości naszego gatunkowego upodobania do "rozluźnionej miny", tajemniczego skrzywienia warg i skupionego na patrzącym spojrzenia, upodobania, jakie w czysto biologiczny, a więc pozaartystyczny i pozakulturowy sposób musi łączyć Leonarda z paleolitycznym twórcą Wenus z Brassempouy i współczesnymi "maniakami" wykorzystywania uśmiechu Mony Lisy w reklamie klocków lego, chipsów, bielizny, perfum... i propagacji własnej twórczości ( od Rafaela po Warhola).
Czy Wenus z Brassempouy i jej anamnestyczne "naśladownictwo" - Mona Lisa, to wzorcowe przedstawienie Jungowskiej a nimy - zniewalająco pełne upostaciowienie tego, co kobiece w samczych sieciach neuronowych i samczych genach? Oczywiście, nie pytamy w tym miejscu o obezwładniający uśmiech Johny Deppa, chociaż metodologiczne założenia teorii archetypicznej (i socjobiologicznej) nakazywałyby sumienne rozważenie i tej strony syzygii. Jak pisze E.O. Wilson w O naturze ludzkiej[33] - "dziewczynki od momentu narodzin uśmiechają się więcej niż chłopcy, (...) a z wiekiem częste uśmiechanie się staje się jedną z trwałych kobiecych cech, która nie zanika ani w okresie dojrzewania, ani w wieku dojrzałym". Już pobieżne obserwacje wskazują zresztą, że samiec ludzki nie musi się uśmiechać, żeby być atrakcyjny dla płci przeciwnej - może być też groźny, albo melancholijny. Kobieta, która uporczywie unika uśmiechu bardzo traci na atrakcyjności, nawet jeśli pozostałe elementy świadczące o jej reprodukcyjnej jakości są bez zarzutu[34].
     Jako memetyków, interesuje nas biologiczne uwarunkowanie tego, co nazywamy jednostkami dziedziczności kulturowej. Z dociekań naszych bowiem wynika, że dobry mem, czyli tak skuteczny jak Mona-mem[35], swoją trwałość i popularność zawdzięcza głównie czemuś, co Jung nazywał "pra-przeżyciem", a co Richard Brodie, rozważając cechy wirusów umysłu, bardzo przyziemnie nazwał "drażnieniem czułych punktów"[36]. Czy oznacza to, że naprawdę trwałymi, popularnymi i w miarę wiernie kopiowanymi w dziejach kultury są wyłącznie te jednostki dziedziczności kulturowej, które "trzymają się" naszego biologicznego gruntu? Że, całkiem nieadekwatne do ludzkich stanów biologicznych i wyobrażeń, subtelne dociekania mistyków, fizyków, filozofów... mimo aktywności mediów, nie mają szans na znalezienie dla siebie szerokich ścieżek replikacji?
     Ponieważ uważamy, że najistotniejszym zadaniem nauki jest stawianie pytań, powyższe pytania uznajemy za początek naszych dalszych badań nad u-śmiechem. Na dodatek, ponieważ przyświeca nam, oparte na doświadczeniu przekonanie, iż wszystko i tak zależy od Bibliotekarza, budowanie jedno/jednobrzmiących odpowiedzi uznajemy za przedwczesne.


[1] I. Eibl-Eibesfeldt, Miłość i nienawiść, przeł. Z. Stromenger, Warszawa 1987. Oryginał "Liebe und Hass" 1970, 1976, 1984, s. 29, 30, 33.
[2] S. Blackmore,Maszyna memowa, przeł. N. Radomski, Poznań 2002. Oryginał "The mem machine" 1999, s. 120.
[3] O.E. Wilson, Socjobiologia, przeł. M. Siemieński, Poznań 2000. Oryginał "Socjobiology. The abridged edition" Harward College 1975, 1980, s. 109.
[4] Niektóre miały jeszcze broń defensywną w postaci umieszczonych na nogach kolców jadowych - do dziś zostały jedynie u jajorodnych ssaków - stekowców.
[5] Możemy to wnioskować jedynie przez indukcję - tylko nieznaczna część przedstawicieli ssaków mogła zostać pod tym względem zbadana - zwłaszcza, że większość gatunków ssaków to gatunki wymarłe...
[6] B. Trumler, Das Rossigkeitsgesicht und ahnliche Ausdrucksverhalten bei Einhufern. Z. Tierpsychol, 1955, Nr 16 (za Wilson, 2000, s. 112).
[7] Van Hoof J.A.R.A.M (1972) A comparative approach to the phylogeny of laughter and smile. In: Hinde RA (ed) Non-verbal communication. Cambridge Univ. Press, Cambridge, pp 209-241 (za Wilson, 2000, s. 127).
[8] R. J Andrew, Evolution of facial Expression, Science 14, 19631034-1041 (za Eibl-Eibesfeld 1987, s. 200).
[9] I. Eibl-Eibesfeld, Miłość i nienawiść..op. cit., s.193.
[10] No chyba że jako "uśmiech politowania", ale i w tym wypadku nie jest gestem agresywnym
[11] I. Eibl-Eibesfeld, Miłość i nienawiść, op.cit., s. 200.
[12] Zagadkowe jest też podobieństwo tego zachowania do zachowania psów domowych - czyżby był to przykład konwergencji, a jednocześnie preadaptacji psów do wspólnego życia społecznego z przedstawicielami rodzaju Homo?
[13] E.O. Wilson, Socjobiologia, op. cit., s. 113.
[14] Wenus z Brassempouy - miniaturowe (3,5 cm wysokości) popiersie kobiety wykonane z kości słoniowej, datowane pomiędzy 31 000 a 24 000 lat p.n.e. (górny paleolit). Została znaleziona w jaskini Grotte du Pape niedaleko miejscowości Brassempouy we Francji. Aktualnie przechowywana w zbiorach muzeum Musée des Antiquités nationales w Saint-Germain-en-Laye. Zob.http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Venus_of_Brassempouy.jpg,
http://www.1000questions.net/fr/arts-et-cultures/Le_premier_visage_humain.html
[15] Wcześniejsze, bo datowane nawet na 32.000 lat przedstawienia postaci ludzkich (np. tzw. Wenus z Willendorf), realistycznie, a nawet naturalistycznie oddające kształty kobiecego ciała, nie zaznaczały dokładnie twarzy; często, jak w wypadku Wenus z Willendorf, stylizowanych figurek kobiecych z Lespugue, czy z Balzi Rossi, widoczna jest tylko bryła głowy, odcinającej się od reszty ciała.
[16] Zob. http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Mona_Lisa.jpg
[17] R. Dawkins, Fenotyp rozszerzony. Dalekosiężny gen, przeł. J. Gliwicz, Warszawa 2003, s.146.
[18] mem (meme): Hipotetyczna jednostka dziedziczności kulturowej uznana za analog genu. Wzorzec zaraźliwej informacji, który replikuje się poprzez symbiotyczne infekowanie umysłów ludzi, zmieniając ich zachowanie, powodując, że propagują oni ów wzór. (Termin "mem" ukuty został przez Dawkins'a przez analogię do "gen"). Różnorodne slogany, chwytliwe frazy, melodie, ikony, wynalazki i mody są typowymi memami. Idea lub wzór informacji nie jest memem, jeśli nie przejawia cech właściwych replikatorom: wierności, płodności i długowieczności i jest przekazywana drogą genetyczną Za: Infosfera. Memetyczne koncepcje kultury i komunikacji. Antologia, wyb. i oprac. D. Weżowicz-Ziółkowska, Katowice 2009, s. 236.
[19] L. Gabora, Rzeka memów. Tkanie gobelinu pojęciowego, w: Infosfera. Memetyczne koncepcje kultury i komunikacji..op.cit., s. 93 - 94.
[20] ko-mem: Mem, który symbiotycznie ko-ewoluuje z innymi memami aby stworzyć formę mutacyjnie wspomagającą kompleks memów. Nazywany także symmemem. Za: Infosfera...op.cit. s. 235.
[21] http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Raffael_036.jpg
http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Lady_with_unicorn_by_Rafael_Santi.jpg
[22] Zob.http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Peter_Paul_Rubens_091b.jpg,
http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Rembrandt_Harmensz._van_Rijn_086.jpg
[23] Por. np. K. Kibish-Ożarowska, O sztuce na wesoło, Warszawa 2002.
[24] Zob. m.in. P. Marsden, "Wirus kraksy" i śmierć Diany. Memetyka jako nowy paradygmat rozumienia zachowań zbiorowych, w : Infosfera. Memetyczne koncepcje kultury i komunikacji..., op cit. oraz H. Bjarneskans, B. Gronnevik, A. Sandberg, Cykl życiowy memów... Ibidem.
[25] S. Blackomore twierdzi, że są one nawet napędzane przez memy, a nie odwrotnie...Por. S. Blackmore, Maszyna memowa...op.cit.
[26] Termin A. Kłoskowskiej. Zob. A. Kłoskowska, Kultura masowa. Krytyka i obrona, Warszawa 1980.
[27] Zob. http://images.google.pl/images?q=Mona+Lisa
[28] Zob. http://www.aiwaz.net/panopticon/mona-lisa/gi1629c234,
http://aviary.com/blog/posts/if-other-artists-drew-the-mona-lisa,
http://wylegarnia.com/bizuteria/naszyjniki?aid=612,
http://www.flickr.com/photos/udronotto/628730467,
http://www.freakingnews.com/Mona-Lisa-Leia-Pics-39750.asp,
http://www.fanpop.com/spots/star-trek/images/6819522/title/mona-lisa-famous-red-shirt-star-trek,
Zob. galerię wariacji na temat Mony Lisy tworzonych przez internautów Monalisa-gallery http://nickmag-comics.livejournal.com/12388.html
[29] Yushi Jing, Shumeet Baluja PageRank for Product Image Search, WWW 2008, April 21-25, 2008 ( http://www.www2008.org/papers/pdf/p307-jingA.pdf).
[30] Zob. Przykład sieci zależności obliczonej z "istotnych cech obrazu" ilustrujący nową metodę odnajdywania podobnych obrazów zamieszczony w raporcie firmy Google http://www.www2008.org/papers/pdf/p307-jingA.pdf
[31] C.G. Jung, Archetypy i symbole. Pisma wybrane, wyb. i przekł. J. Prokopiuk, Warszawa 1976, s. 399.
[32]Ibidem, s. 401.
[33]E.O. Wilson, O naturze ludzkiej, przeł. B. Szacka, Poznań 1998, s. 167 (oryginał: On human nature 1978). [34]Tego rodzaju zależności są jednym z głównych tematów badawczych psychologii ewolucyjnej. Popularne przedstawienie tej tematyki można znaleźć w Nancy Etcoff, Przetrwają najpiękniejsi, Wydawnictwo CiS/WAB, Warszawa 2002/2006 (oryginał Survival of the Prettiest. The Science of Beauty.
[35]Zob. [http://www.afunny.net/funny-mona-lisa]
[36]Por. R. Brodie, Wirus umysłu, przeł. A. Turski, Łódź 1997.

do góry


główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów warszaty naukowe archiwum