główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów archiwum   english version
Ewa Łukaszyk

Śmiertelność, zasiedzenie, autochtonizm.
Kryptoteologia i kryptoantropologia w powieściach José Saramago

     Tradycja judeochrześcijańska chętnie przypisuje człowiekowi status metafizycznego nomady, wygnańca z rzeczywistości nadprzyrodzonej, pielgrzymującego w ziemskim świecie. Jeśli kondycja ludzka ma być widziana w takich kategoriach, wszelkie domostwo jest tylko miejscem postoju, a zamieszkiwanie, choćbyśmy z całych sił próbowali wyobrazić je sobie jako definitywne, jest jedynie chwilowym lub przedłużającym się trochę zasiedzeniem. Wszelka domowość jest więc wyłącznie iluzoryczna, a prawdę o sytuacji człowieka wyraża najtrafniej przerażenie Pascala w obliczu nieskończonych przestrzeni pogrążonych w wiekuistej ciszy, przestworu, którego człowiek nigdy nie zdoła zapisać, wypełnić swoim dziełem, w którym nie może zbudować domu ani osiedlić się, może się tylko zagubić.
     Tym, co nieuchronnie wyrywa człowieka ze świata i przekreśla perspektywę głębokiego zadomowienia jest jego śmiertelna kondycja. Jak pisze Agata Bielik-Robson,

Śmierć wsuwa między człowieka a świat niewidzialną przesłonę, która sprawia, że człowiek nigdy nie uczestniczy w pełni w otaczającym go spektaklu istnienia. Ani przez chwilę istota ludzka nie przystaje całkiem do tego, co jest tu i teraz: ani w sensie przestrzennym, co oznacza, że nie jest nigdzie do końca umiejscowiona - ani w sensie temporalnym, co z kolei oznacza, że jej percepcja rzeczywistości nigdy nie wydarza się »w porę«; doświadczenie zawsze ją zaskakuje, pojawiając się za wcześnie, rozumienie zaś zawsze przychodzi za późno. Człowiek jest oddzielony od świata, odseparowany, niedostrojony do jego rytmu, out of joint[1].

     Człowiek jako istota świadoma swojej śmiertelności w pewien sposób wyrywa się z miejsca, dążąc do nieuchronnego "gdzie indziej". Być może przywiązanie człowieka do idei zadomowienia jest swoistym sposobem samooszukiwania i oddalania od siebie świadomości śmierci, być może dom jest przesłoną idei grobu. Jednakże przytaczam ten traktat o późnonowoczesnych kryptoteologiach przede wszystkim z tej przyczyny, że przychodzi mi mówić w judeochrześcijańskim kontekście o twórczości pisarza, który zwykł deklarować otwarcie swój brak wiary religijnej: portugalskiego laureata literackiej nagrody Nobla z 1998 roku, José Saramago. Jest to jednak tylko pozornym paradoksem. Sam noblista w pewnym sensie odżegnywał się od pojęcia ateizmu, twierdząc, że "prawdziwym ateistą może być tylko ktoś urodzony w kraju, w kulturze i cywilizacji, gdzie słowo ateista by nie istniało"[2]. Innymi słowy, miał pełną świadomość głębokiego, niezrywalnego zdeterminowania przez dziedzictwo judeochrześcijańskie, wobec którego może zgłaszać swój protest, ale którego nie jest w stanie anulować. To właśnie stanowi też sedno namysłu Agaty Bielik-Robson nad "kryptoteologiami późnej nowoczesności", a więc konstatację, że mechanizmy myślenia religijnego, choć ukryte, nadal działają we współczesnej kulturze, zarówno na jej filozoficznym, jak i literackim poziomie. Twórczości Saramago nie sposób czytać inaczej niż przez pryzmat monoteistycznego dziedzictwa, chociaż w pewnym momencie, jak zobaczymy niżej, staje się jasne, że kryptoteologia jest w gruncie rzeczy kryptoantropologią, wiedzą o człowieku wydedukowaną z zanegowanych atrybutów Boga.
     Martin Buber, pisząc o "problemie człowieka", wychodzi z założenia, że jego relacja ze światem została w pewnym momencie zerwana: "Kiedy raz serio potraktowano pojęcie nieskończoności, nie można już było uczynić ze świata mieszkania dla człowieka"[3]. To wygnanie człowieka byłoby więc umiejscowione w historii, przeciwstawione szczęśliwym czasom niewiedzy, kiedy człowiek, nieświadom nieskończoności, mógł rozgościć się "tutaj", być "u siebie". A jednak, jeśli wyjdziemy od judeochrześcijańskiej tradycji, w gruncie rzeczy prawdziwego zamieszkiwania nie było nigdy, co najwyżej trwać mogła jego iluzja. Mieszka się tylko do czasu, gdy zostanie się wygnanym lub wezwanym, jak biblijny Abraham, którego głos przemawiający z nieskończoności wyrywa z zasiedzenia i zmusza do porzucenia wszystkiego, co swojskie (Rdz 12, 1-2).
     Swojskość, zasiedzenie, zamieszkanie (czy też ziemia, rodzina i dom ojca z biblijnej narracji) - wszystko to należy bowiem do porządku nieczystości. Okazuje się też ostatecznie, że nie można dobić targu z Bogiem, Sodoma nie zostanie oszczędzona (Rdz 18, 22-33). Miasto - jak wszelkie miejsce przebywania człowieka, jak wszelka osiadłość - jest nieodwracalnie skażone. Cóż więc robić? Bezmiar otwartej przestrzeni przeraża, ale bytowanie między murami jest skalane i upodlone. Kondycja człowieka rysuje się jako dylemat tragiczny; człowiek pozostaje bez właściwego sobie miejsca, ani wewnątrz, ani na zewnątrz.
     Przypowieści ilustrujących ten tragiczny wymiar kondycji ludzkiej jest u Saramago bardzo wiele. Zacznijmy więc do najlepiej znanej części jego twórczości, choćby do "Miasta ślepców", funkcjonującego tyleż jako sam tekst powieściowy[4], co jako kanwa przejmującego obrazu filmowego Fernando Meirellesa z 2008 roku. Tragizm, choć bez wątpienia wielowymiarowy, osnuty jest tu w pierwszej kolejności wokół kryzysu osiadłości: wyrwania człowieka z godziwego domu i zamieszkiwania w upodlających warunkach. Od chwili wybuchu epidemii dziwnej ślepoty przeniesieni do opuszczonego szpitala psychiatrycznego ociemniali toną w fekaliach. Skalanie właściwe wszystkim siedzibom człowieka podlega tu hiperbolizacji, nie ma w nim już nic, co by się mieściło w porządku li tylko symbolicznym; wreszcie sam człowiek staje się swoją własną nieczystością. Chorym nie pozostaje nic innego, jak droga na zewnątrz i zagubienie w tym pozbawionym punktów orientacyjnych bezmiarze, jaki czyni ze świata ich ślepota.
     W dalszej części "Miasta ślepców" następuje powrót, dochodzi do odnalezienia domu, ale ta odbudowa zamieszkiwania nie jest zupełna. Ślepcy, którzy cudem trafili do mieszkania, dzięki znalezionym tam resztkom wody mogą dokonać quasi-rytualnego oczyszczenia, ablucji usuwającej ślady fekaliów, powrotu z kondycji zwierzęcej do człowieczeństwa. Nie mogą jednak pozostać w ogarniętej chaosem metropolii; myślą o wyprawie na wieś, o podjęciu samowystarczalnego, pasterskiego żywota, jakby mieli powrócić do prapoczątków ludzkości, sprzed pierwszego neolitycznego miasta. Wszelkie miasto, nawet w swoim normalnym, niezaburzonym funkcjonowaniu, jest bowiem dla Saramago synonimem miejsca brudnego[5]; przedłużająca się obecność człowieka nieuchronnie kala.
     Tymczasem jednak kryzys ślepoty mija; wydaje się, że będzie można na nowo podjąć spokojne, osiadłe życie. Ale "Miasto ślepców" ma swój dalszy ciąg, "Miasto białych kart"[6]. W tej nowej powieści dochodzi do kolejnego kryzysu, wywołanego już nie przez epidemię "białej" ślepoty, ale przez plagę białych kart do głosowania, jakie wyborcy wrzucają do urn bez wskazania na którąkolwiek z istniejących partii. Saramago podejmuje problem źródeł i prawdziwej natury polityczności, tego wytworu polis. Nie chodzi tu o wadliwość konkretnego systemu, ani o wotum nieufności w stosunku do tego czy innego przywódcy, ugrupowania, orientacji. Przyczynę "epidemii białych kart" trudno jednoznacznie wskazać. Być może okazuje się tu po prostu, że nie tylko polityka jako doraźne działanie, ale i sama polityczność jako najogólniejsza zasada życia zbiorowego jest w równym stopniu skażona, jak wszystko, co dotyczy miasta i co z niego bierze swój początek. Miasto, miejskość i wszystkie jej derywaty to coś, co nie działa, ani na konkretnym, ani na bardziej abstrakcyjnym poziomie.
     Niemal we wszystkich powieściach Saramago można dostrzec trwanie sytuacji archaicznych, widoczne w szczelinach i pęknięciach współczesnego świata. W "Mieście białych kart" kryzys władz, służb i instancji państwowych pozwala paradoksalnie na ujawnienie się zrębów autentycznej wspólnoty, opartej na spontanicznej samopomocy sąsiedzkiej. Te wszystkie przejawy archaiczności są nacechowane pozytywnie, jako coś na kształt "zdrowego korzenia" ludzkiego bytowania w świecie, na który nakłada się swoisty "nadmiar instytucji": fałszywe, skrzywione formy organizacji, które zmuszają człowieka do oddalenia od samego siebie. Saramago zdaje się pokładać nadzieję właśnie w mikrowspólnotach, w grupach ludzkich połączonych więzią bezpośrednią, afektywną. Jednocześnie podważa wartość tego wszystkiego, co za Andersonem[7] moglibyśmy nazwać wspólnotami wyobrażonymi. W powieściach "Kamienna tratwa"[8] czy "Historia oblężenia Lizbony"[9] Saramago dostrzega i zarazem krytykuje ludzką skłonność do gromadzenia się wokół symboli przynależności: proporców, flag narodowych, a z braku czegoś lepszego - choćby wokół emblematów klubów sportowych. Ale te wszystkie formy przynależności są puste, pozbawione treści, przynajmniej tak długo, dopóki nie napełnią się negatywnym sensem wypływającym z konfliktu i agresji skierowanej przeciwko innej grupie, legitymującej się odmiennym godłem.
     W ten sposób Saramago rozbija nie tylko stałe zamieszkiwanie jako sposób ustanowienia trwałego układu odniesień przestrzennych, ale i przynależność, te dwa symboliczne korzenie ludzkiego poczucia orientacji w świecie. Podważenie sensu identyfikacji narodowej stanowi kolejny krok ku całkowitemu rozmyciu ram, w jakich dotychczas poruszał się człowiek. Przekreślenie granic narodowych nie idzie wcale, jak można byłoby przypuszczać, w kierunku afirmacji nowej tożsamości europejskiej. Wręcz przeciwnie, Europa jest tylko jeszcze jedną z tych abstrakcji nie znajdujących zakorzenienia w świecie autentycznego afektu. Saramagowski człowiek nie czuje się Europejczykiem. Powraca raczej do najwęższej, najbardziej lokalnej formy świadomości, do związku z przestrzenią, jaką może bezpośrednio poznać własnymi zmysłami, i z ludźmi, z którymi może się połączyć najkonkretniejszą, najbardziej osobistą więzią solidarności. W "Kamiennej tratwie" pojawia się pochwała najbardziej pierwotnej i najskromniejszej wspólnoty, wędrującej razem grupy, której rozmiary wydają się być ograniczone do kręgu, jaki może się rozsiąść wokół ogniska. Bez wątpienia ta minimalistyczna wizja wspólnotowości może rysować się jako atrakcyjne rozwiązanie tylko w obliczu kryzysu, jaki nawiedza wykreowane przez Saramago światy powieściowe.
     Jednak wszystko, co archaiczne jest zarazem cenne i kruche. Tradycyjne sposoby życia, jakie utrzymywały się przez tysiąclecia, mogą zdezaktualizować się z dnia na dzień. Tak dzieje się na przykład w powieści "A Caverna"[10], gdzie rodzinny warsztat garncarski przestaje stanowić źródło utrzymania w obliczu konkurencji w postaci supermarketu i jego oferty plastikowych kubków i talerzy. Wezwanie do wędrówki tylko z pozoru jest uzależnione od niezawisłej decyzji. Człowiek z garncarni może objąć posadę ochroniarza w wielkim centrum handlowym i uzyskać w nim miniaturowe mieszkanie służbowe. Ale centrum jest światem dehumanizującym, karceralnym, tak więc mamy tu do czynienia co najwyżej z iluzją wolnego wyboru; w gruncie rzeczy od wygnania nie sposób się uchylić. Nawet jeśli wielu Saramagowskich bohaterów mieszka właśnie tak: w maleńkich klitkach doklejonych do cyklopowych murów jakiejś "wielkiej idei", która zyskała przestrzenny wymiar: od domku Baltazara i Blimundy przy potężnej ścianie lizbońskiego Zamku św. Jerzego, aż po mieszkanie urzędnika z powieści "Wszystkie imiona"[11], przylegające do murów Archiwum. Człowiek zamieszkuje miejsce, w którym żyć nie sposób, a więc opuszczenie siedziby okazuje się wcześniej czy później surową koniecznością.
     Wszystko to raz jeszcze staje się osadzoną we współczesnym świecie ilustracją biblijnego wezwania do exodusu. Egipt jest paradygmatem wszelkiej centralizacji i totalizacji, obecnej zarówno pod postacią centrum handlowego, jak i wielkiego archiwum z powieści "Wszystkie imiona", gromadzącego i utrwalającego na sposób egipski to, co podległe zmianie i ulotne, próbującego zmumifikować samo życie. Przeciwieństwem zarówno historycznego, jak i symbolicznego Egiptu są koczownicy, ci wszyscy, którzy zostali wezwani do wyjścia, wyrwani z zasiedzenia. Dla Saramago wszyscy więc jesteśmy Hebrajczykami. By powrócić raz jeszcze do Agaty Bielik-Robson, człowiek exodusu, ale i współczesności jako czasu kryzysu, staje przed potrójną pokusą: "może brnąć dalej przez bezkresne piaski, wiedziony pragnieniem życia mesjańskiego; może zadomowić się na pustyni, w stanie permanentnego zawieszenia między życiem a śmiercią; i może też zawsze zawrócić, niczym marnotrawny syn natury, do jej »domu tłustej niewoli«"[12].
     Problem wyjścia, wygnania i bezdomności nie jest więc traktowany przez Saramago jako kwestia wyłącznie ekonomiczna czy społeczna, ani jako wynik takich czy innych uwarunkowań historycznych. Przeciwnie, jest to coś ponadczasowego, zasadniczy problem egzystencjalny, wynikający wprost z uwarunkowań samej kondycji ludzkiej i z istoty relacji między człowiekiem a Bogiem. To właśnie ta relacja, w perspektywie, jaką widzi Saramago, wyklucza pierwszą i trzecią opcję, pozostawiając człowieka bez innego wyboru, jak tylko pogodzenie się ze stanem zawieszenia, bytowaniem na pustyni. Konfliktowa relacja między człowiekiem a Bogiem, jaką zarysowuje wyklucza zawierzenie mesjańskiej obietnicy. Na horyzoncie nie ma niczego na kształt Ziemi Obiecanej, ani też słupa dymu mogącego kierować krokami wygnańców. Z drugiej strony, co być może jest mniej zaskakujące niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, człowiek współczesny nie ma już możliwości powrotu do "życia naturalnego", opartego na prymacie materii, zamkniętego w cyklu wytwarzania i konsumpcji. Również ta harmonia została nieodwołalnie złamana, i to wcale nie z ekologicznych ani ekonomicznych, lecz przede wszystkim z metafizycznych przyczyn. Saramago mówi bowiem o Bogu zazdrosnym o ludzkie zdolności kreacyjne, groźnym bóstwie, które pragnie zachować monopol nie tylko stwarzania, ale i wszelkiej działalności wytwórczej. Dlatego pracujący człowiek zawsze zostaje w końcu oderwany od warsztatu, zmuszony do przerwania swojego zajęcia, choćby nawet było ono tak skromną działalnością jak stolarstwo[13] czy lepienie z gliny ogrodowych krasnali, jakiemu oddają się bohaterowie powieści "A Caverna". Czyż ta praca nie jest czymś na kształt bluźnierczego powtórzenia gestu Boga lepiącego z gliny pierwszego człowieka?
     To nie warunki historyczne, ekonomiczne czy społeczne, to nie epidemia ani żaden inny kataklizm wyrywa człowieka z zasiedzenia. To wezwanie do opuszczenia siedziby, ten nakaz eksmisji, który wcześniej czy później musi nadejść, ma podłoże metafizyczne. Nie jest więc przypadłością, wynikiem splotu okoliczności, ale czymś koniecznym i nieodwołalnym, losem, który nikogo nie ominie. Widać głębokie podobieństwo Saramagowskich sytuacji egzystencjalnych z archetypami biblijnych patriarchów, Abrahama, Mojżesza, czy "urodzonego w drodze" Jezusa. Za każdym razem ten powrót archetypu jest jednak interpretowany jako starcie racji człowieka z racjami "Boga zazdrosnego", o którym pisze Vitiello: "grzechem człowieka byłaby zatem niezgoda na wygnanie, na nomadyzm i wieczną migrację"[14]. A jednak, w przeciwieństwie - na przykład - do czytanego przez Vitiello Jabesa, postulującego radykalną "obcość ziemi", u Saramago wygnany człowiek afirmuje swój autochtonizm: to, iż pochodzi z ziemi, nie jest istotą należącą do innego wymiaru, rzuconą na ziemski padół. Jego błąkanie się po ziemi okazuje się zupełnie czym innym niż pielgrzymowanie do jakiejś niebiańskiej ojczyzny.
     Ten głęboki związek z ziemią urzeczywistnia się nie w warunkach osiadłości, lecz przeciwnie, nomadyzmu. Właśnie wędrówka pozwala na ustanowienie specyficznej lokalności, w znaczeniu poznawczej i afektywnej relacji z "tutaj" - nie miejscem stałego osiedlenia, ale z miejscem mijanym, w którym przebywa się tylko przez chwilę; jednakże akcent pada tu na wiecznie umykający czas teraźniejszy, na aktualność doświadczenia. To zawieszenie w teraźniejszości (i zgoda na nią) jest czymś, co wyraźnie odróżnia człowieka i jego sposób istnienia, dystansując go od wiecznego bóstwa. Jego skończone "tutaj" jest odpowiedzią na nieludzką nieskończoność Boga, jego "teraz" - na nieludzkość wieczności.
     Podstawowym wyznacznikiem afirmatywnej i afektywnej relacji z miejscem, z którego śmiertelny człowiek nie chce dać się wytrącić przez nakładany na niego wymóg wiecznego "gdzie indziej", jest także jej wymiar poznawczy: naoczność, niezapośredniczony ogląd, który w "Kamiennej tratwie" Saramago przeciwstawia obrazom telewizyjnym, budującym iluzję wszechobecności, bycia we wszystkich miejscach naraz. Również wszechobecność, przymiot monoteistycznego bóstwa, jest zarazem czymś nieludzkim. Dopiero człowiek wyrzekający się wszechobecności - dostępnej jako ersatz pod postacią telewizji, a właściwie samej kamery jako zwielokrotnienia oka - staje się człowiekiem w pełni ludzkim. Wezwanie do zerwania z symulakrami i symulacją rysuje się tu jako postulat zarazem epistemologiczny i etyczny. Zawieszone nad światem oko bóstwa, podobnie jak beznamiętny obiektyw kamery, wyznacza ogląd odarty z afektywnego zaangażowania, zimny i beznamiętny. "Teomorficzna", wszechwidząca i bezlitosna kamera okazuje się w gruncie rzeczy narzędziem wyrwania człowieka za świata. A z kolei rezygnacja z niej staje się szansą powrotu do autentycznego zakorzenienia, jakkolwiek paradoksalne mogłoby się wydawać mówienie o zakorzenieniu człowieka w ziemi, którą nieustannie przemierza.
     Bóg jest u Saramago nie tylko metafizycznym przeciwnikiem człowieka, ale i jego przeciwieństwem, definicją a contrario. Afirmując swój autochtonizm, swój związek z ziemską ojczyzną, człowiek niejako odcina się i dystansuje w stosunku do przytłaczającego go, groźnego bóstwa. Co więcej, nie tylko godzi się na istnienie ograniczone do "tu" i "teraz", aby tym bardziej wyraziście zerwać z wszechobecnością i wiecznością Boga, ale buduje rozmiłowanie w tym właśnie stanie, w swojej własnej skończoności. W paradoksalny sposób przywiązuje się więc do każdego mijanego miejsca, kocha chwilową lokalność. Dobrym terminem pozwalającym uchwycić ten afektywny wymiar relacji z ziemią, jaki prosi się tu o użycie jest zaproponowany przez Agatę Bielik-Robson Erros, specyficzny eros błądzenia, wywiedziony przez nią z gnozy walentyńskiej: "Błąd, który się umacnia, tworząc w Pustce, albo »na pustyni«, własną formę istnienia"[15]. Saramago wydaje się dostarczać dobrej ilustracji tej koncepcji życia skończonego, osamotnionego, pojedynczego, lecz właśnie dzięki temu autonomicznego, w którym człowiek znajduje "własną formę istnienia". Nawet wspomniany przez Agatę Bielik-Robson Blanchotowski l’arret de mort nieodparcie przywodzi na myśl fioletowe zawiadomienie doręczane człowiekowi u kresu żywota w "Intermitencias da morte"[16]. Jednak Saramago jest tanatykiem optymistą, gotowym widzieć śmierć jako gwarancję i dowód koronny wartości życia.
     Śmierć jest momentem ostatecznego spełnienia autochtonicznego przeznaczenia człowieka. Ostateczną metą egzystencjalną człowieka nie jest u Saramago żadna niebiańska Jerozolima, lecz przeciwnie, afirmacja nierozerwalnego związku człowieka z ziemią. Nie tylko przyjmuje ona ludzkie szczątki, ale dostarcza ostatniego schronienia ludzkiej duszy, jak się dowiadujemy z finału powieści "Baltazar i Blimunda", gdy dusza spalonego na stosie skazańca nie ulatuje w niebo, ku gwiazdom, lecz pozostaje przy ziemi i przy ukochanej kobiecie[17].
     Ostatecznie więc człowiek wymyka się nieskończoności, zasiedlając ziemię, nawet jeśli jest to możliwe dopiero in extremis, w krańcowym momencie zjednoczenia, jakie urzeczywistnia się w postaci grobu. Mogłoby się wydawać, że cała przedstawiona powyżej wizja nosi znamiona skrajnego pesymizmu. Jednakże właśnie poprzez skrajną, paradoksalną afirmację autochtonizmu Saramago buduje trudną, lecz konieczną eufemizację śmierci. Bez wątpienia to fakt śmiertelności człowieka staje się najtrudniejszym do rozwiązania problemem w świecie pozbawionym wiary religijnej. Jeśli życia pozagrobowego nie ma, to jak uleczyć egzystencjalny niepokój? Ratunku można szukać na najbardziej archaicznym poziomie, być może w wyobraźni sprzed narodzin religii monoteistycznych, widząc śmierć i grób jako powrót do kolebki, na matczyne łono. Stąd też powracający motyw śmierci kochanki, obecnej nie tylko w "Intermitencias da morte", ale i w "Roku śmierci Ricarda Reisa"[18], gdzie za taką postać można uznać Marcendę, melancholijną dziewczynę ze sparaliżowaną ręką. To właśnie w tej ostatniej powieści w najbardziej czytelny sposób ujawnia się analogia między śmiercią i narodzinami, czy raczej powrotem do stanu utajonego życia płodowego, a także podobieństwo grobu i domu, za którym kryje się coś więcej niż aluzja do mających kształt miniaturowych kamieniczek grobowców zamożnych lizbończyków z cmentarza Prazeres.


[1] Agata Bielik-Robson, "Na pustyni". Kryptoteologie późnej nowoczesności, Kraków, Universitas, 2008, s. 10.
[2] Carlos Reis, Diálogos com José Saramago, Lisboa, Caminho, 1998, s. 142.
[3] Martin Buber, Problem człowieka, przeł. Robert Reszke, Warszawa, Fundacja Aletheia - Wydawnictwo Spacja, 1993, s. 28.
[4] José Saramago, Miasto ślepców, przeł. Zofia Stanisławska, Warszawa, Muza, 1999.
[5] Przykładem Lizbona: "miasto tonie w brudzie, jest zasłane odchodami i śmieciami, pełne parszywych psów i dzikich kotów, a także błota, nawet gdy nie pada"; idem, Baltazar i Blimunda, przeł. Elżbieta Milewska, Warszawa, PULS, 1992, s. 20.
[6] Idem, Miasto białych kart, przeł. Wojciech Charchalis, Poznań, Rebis, 2009.
[7] Por. Benedict Anderson, Wspólnoty wyobrażone. Rozważania o źródłach i rozprzestrzenianiu się nacjonalizmu, przeł. Stefan Amsterdamski, Kraków - Warszawa, Znak - Fundacja im. Stefana Batorego, 1997.
[8] José Saramago, Kamienna tratwa, przeł. Wojciech Charchalis, Poznań, Rebis, 2003.
[9] Idem, Historia oblężenia Lizbony, przeł. Wojciech Charchalis, Poznań, Rebis, 2002.
[10] Idem, A Caverna, Lisboa, Caminho, 2000.
[11] Idem, Wszystkie imiona, przeł. Elżbieta Milewska, Poznań, Rebis, 1999.
[12] Agata Bielik-Robson, "Na pustyni"..., op.cit., s. 14-15.
[13] Ewangelia według Jezusa Chrystusa, przeł. Cezary Długosz, Poznań, SAWW, 1992.
[14] Vincenzo Vitiello, "Pustynia, ethos, opuszczenie. Przyczynek do topologii religijności", przeł. Ewa Łukaszyk, w: Religia. Seminarium na Capri prowadzone przez Jacquesa Derridę i Gianniego Vattimo, Warszawa, KR, 1999, s. 174.
[15] Agata Bielik-Robson, "Na pustyni"..., op. cit., s. 39.
[16] José Saramago, Intermitencias da morte, Lisboa, Caminho, 2006.
[17] Idem, Baltazar i Blimunda, op. cit., s. 310.
[18] Idem, Rok śmierci Ricarda Reisa, przeł. Wojciech Charchalis, Poznań, Rebis, 2000.

do góry









































strona 170








































strona 171








































strona 172








































strona 173








































strona 174








































strona 175









































strona 176










































strona 177

główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów archiwum   english version