główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów dla autorów indeksacja archiwum   English version
Agata Picheń

Rock'n'roll - źródło młodości?

     Przyglądając się kulturze współczesnej możemy zauważyć, że młodość przywykliśmy traktować jako pewnego rodzaju stan uprzywilejowany. Młody człowiek ma prawo do popełniania błędów bez troski o konsekwencje, naiwnie zakładając, że na nauce płynącej z błędów będzie budował swój kapitał. Młody człowiek jest piękny, zdrowy, silny, tryska energią, co jest pozytywnie waloryzowane. Zdecydowanie łatwiej mu stawiać czoła problemom, kłopotom oraz odzyskiwać siły po trudnych przejściach, co z kolei staje się normą w ocenie przydatności ludzi. Młodość to czas, w którym biologicznie jesteśmy zaprogramowani do rozmnażania, dlatego w młodym ciele łatwiej zregenerować siły po tak obciążającym organizm procesie. To zaprogramowanie młodości musi być uprzywilejowane kulturowo.
     Już starożytni filozofowie przypisywali młodości stan oślepiającej wręcz namiętności, która kieruje młodym człowiekiem. To okres w życiu człowieka, w którym poprzez zmysły poznaje się świat.

natura nie dała człowiekowi nic bardziej niebezpiecznego i zgubnego nad zmysłowość, której chciwe żądze w sposób bezmyślny i niepowściągliwy szukają zaspokojenia. Dla nich to zdradza się ojczyznę, dokonuje przewrotów politycznych, tajemnie knowa się z wrogiem, nie ma w ogóle żadnej zbrodni, żadnego przestępstwa, do których popełnienie nie pobudziłaby żądza rozkoszy; gwałty, cudzołóstwa i wszelkie tego rodzaju czyny haniebne wywołane są jedynie tylko jej ponętami. Rozum natomiast jest najwspanialszym darem i błogosławieństwem udzielonym nam przez jakiegoś boga czy naturę - zmysłowość największym i najgroźniejszym wrogiem tego boskiego daru. Gdzie zmysły panują, tam nie może być mowy o panowaniu nad sobą - w królestwie rozkoszy bowiem nie ma w ogóle miejsca na cnotę. Dla lepszego zrozumienia swych wywodów kazał Archytas wyobrazić sobie człowieka w stanie najwyższej, jakiej można doznać, rozkoszy. Nikt - według niego - nie będzie miał wątpliwości, że zahamuje ona w danej chwili wszystkie czynności umysłowe, rozum i zdolność myślenia. Dlatego to - twierdzi - nie ma nic bardziej obrzydliwego i bardziej niebezpiecznego niż rozkosz zmysłowa, gdyż jeśli jest zbyt długa i żywa, może zgasić całe światło rozumy[1].

     Jeśli młodości, pod niemal każdym względem, przypisujemy pozytywne cechy, nie powinien nas zatem dziwić panujący obecnie kult młodości. Ponieważ, jak zauważył to w rozmowie z Zbigniewem Mentzlem Leszek Kołakowski "należy rozróżnić kult młodości od fascynacji młodością"[2], gdzie kultowi młodości przypisany jest raczej duch Ody do młodości Mickiewicza, natomiast fascynację młodością można spostrzec w tekstach Gombrowicza. Kołakowski jednak stwierdza, że młodość to zdecydowanie bardziej kategoria kulturowa niż biologiczna, ponieważ można być młodym ciałem, ale intelektualnie, duchowo starcem i na odwrót. Młodość określa pewien sposób myślenia oraz poznania. To przeświadczenie, że można zrobić wszytko, poczucie otwartości, niezakończenia. Wiara, że jeszcze nic nie jest ostateczne. Przeświadczenie o szerokim wachlarzu możliwości jest charakterystyczne dla stanu młodości. Natomiast przeświadczenie pewnego zakończenia, zamknięcia, poczucie, że już się nie zdąży, jest charakterystyczne dla starości - wyschnięcia źródła.
      Kołakowski, który przyznał, że jemu jest łatwiej, ponieważ nie czuje się staro, bo nigdy nie czuł się młody, radzi, by być mentalnie nastawionym do ciągłych poszukiwań młodości (w znaczeniu jej cech), nie zamykać się. I dodaje, że człowiek nie zdaje sobie sprawy jak jego poznanie w wieku późniejszym zostało ukształtowane przez to, co przeżył, poznał w dzieciństwie, że de facto jest to kontynuacja tego, co rozpoczął w wieku młodym.[3].
      Podpisałby się pod tymi słowami nie jeden geriatra, dodając "bardzo ważne są tu pierwsze doświadczenia i uwarunkowania środowiskowe wczesnego dzieciństwa. Z przeglądu literatury andragogicznej wiadomo, że to dzięki trudnym sytuacjom często następuje rozwój człowieka, jednak pod warunkiem wyciągania z nich właściwych wniosków"[4]. Potwierdza to niedawno zmarły neurobiolog, jeden ze współtwórców Piwnicy pod Baranami, Jerzy Vetulani:

Byłem uczony, że kiełbasa jest do smaku, a nie do jedzenia. Dzisiejsze pokolenie 80-latków żyje lepiej niż pokolenie 60-latków, bo mieliśmy zdrowsze żywnościowo dzieciństwo. I to nawet nie ze względu na skład żywności, ale właśnie jej ograniczoną dostępność. Jeżeli nie będzie pani aktywna w wieku 30 lat, to bardzo trudno będzie pani podjąć aktywność w wieku seniora. Starzejemy się dokładnie tak, jak żyjemy. Chodzi o to, żeby być osobą żywą i ciekawą świata (...). Tak, głodówki i czerwone wino aktywują gen sir - zwany genem długowieczności - który produkuje sirtuninę. Dzięki temu nasze chromosomy zaczynają się mniej zużywać, a my wolniej się starzejemy. Do tego jeszcze kobiety, śpiew i taniec, czyli wysiłek fizyczny, a także - co ważne - wysiłek intelektualny [5].

     Czy myśl Vetulaniego, gdybyśmy dokonali pewnego przesunięcia, pozwalałaby również wychwalać rockandrollowy styl życia i szukać w nim źródła wiecznej młodości?
Poprzez muzykę znacznie łatwiej można dotrzeć do ludzi, w muzyce słowo otrzymuje "twarz", można się z nią identyfikować, kiedy słowo samo w sobie jest "archaiczne", stare w formie. To właśnie połączenie melodii ze słowem daje początek manifestowi młodości. Nie należy zatem się dziwić, że w rock'n'rollu młodzi odnaleźli swoje źródło nie tylko buntu. Rock'n'roll jest autentyczny, jest szczery, jest destrukcyjny, także dla obowiązujących (w mniemaniu młodych) zgniłych, nieaktualnych, przebrzmiałych norm i zasad kończącego się porządku starego świata. Stary świat się kończy, bo oto nadchodzi nowe, silne, witalne, energiczne rozdanie. Oto nadchodzi młode. To właśnie ta siła autentyczności, uwodziła i wciąż uwodzi. Rock'n'roll to ten gatunek muzyczny, który dużo mówi o człowieku, z którego nie wyrasta się z wiekiem, a który towarzyszy człowiekowi niemal przez całe życie. Ponad 70-letni Ian Gillan, wokalista rockowego zespołu Deep Purple, wciąż śpiewa pokoleniowy hymn Smoke on the water.
      Rock'n'roll jest autentyczny, tu wiadomo, co jest czym, tu nic niczego nie udaje. To muzyka buntownicza, ale nie w znaczeniu pierwotnym, anarchistycznym, a w znaczeniu moralnym, bo do pewnego stopnia moralnym obowiązkiem człowieka jest bunt w społeczeństwie - to nieposłuszeństwo obywatelskie, jak powiedziałaby to Hanna Arend - aby nie niszczyć istnienia instytucji, a dystansować się i je zmieniać, poprawiać. To właśnie to zdystansowanie i siłę daje rock'n'roll - można powiedzieć, że nie jest już tylko gatunkiem muzycznym, a sposobem życia.
      Ozzy Osbourne, brytyjski wokalista, rocznik 1948, jest nieoczywistym przykładem na to, że rock'n'roll to nie tylko gatunek muzyczny, ale pomysł na przeżycie życia, które daje możliwość czerpania ze źródła wiecznej młodości. Pomimo swojego stanu zdrowia, wynikłego z bombardowania ciała przez większość życia używkami, wokalista pozostaje młody duchem. Urodził się jako John Michael Osbourne, w roboczej dzielnicy Aston w Birmingham, w Anglii. Kraj był wyczerpany i zdewastowany po wojnie, a głód często gościł w domu. Jak wokalista wspomina:

Młodzi ludzie w Aston nie mieli perspektyw na przyszłość - no chyba, że czyimś życiowym powołaniem jest zapierdziel na nocnej zmianie przy taśmie produkcyjnej. Bo jedynie w fabrykach szukano pracowników. Ludzie wtedy mieszkali w nędznych ruderach bez sracza. (...) Kiedy byłem dzieckiem prawie na każdym rogu ulicy znajdowały się tak zwane "tereny produkcji bomb", czyli domy zrównane z ziemią przez Niemców, którzy chcieli rozwalić fabrykę spitfire'ów w Castle Bromwich. Długie lata myślałem, że tak się nazywają place zabaw (...) Kiedy byłem dzieckiem, brakowało pieniędzy na wszytko. Raz mama na urodziny dała mi dziesięć szylingów, żebym kupił sobie latarkę - taką, która świeci rożnymi kolorami - a ja w drodze powrotnej zgubiłem resztę. To był jeden z najgorszych dni mojego dzieciństwa. Chyba z pięć godzin przeszukiwałem wszystkie rowy i studzienki w Aston w poszukiwaniu tych kilku miedziaków (...) Oznak ubóstwa zresztą było więcej. Na przykład kawałki gazety, którymi podcieraliśmy się zamiast papieru toaletowego. I kalosze, w których musiałem chodzić latem, bo nie miałem zwykłych butów. I to, że mama nigdy mi nie kupowała bielizny[6].

     Krajobraz, możliwości, a raczej ich zdecydowany brak, deprymował wokalistę. Dodatkowo pojawiły się kłopoty w szkole (niezdiagnozowane dysfunkcje rozwojowe), które zaskutkowały niską samooceną, wycofywaniem i ostatecznie zamknięciem się w sobie. Nie należy zapominać, że w tamtym czasie miejsce zamieszkania oraz dostępna tam praca (w tym wypadku fabryka samochodowa) determinowała model życia. "Jeśli powiodło ci się w życiu, ożeniłeś się, urodziły ci się dzieci, szedłeś do pubu"[7].
Wokalista tak pisze o doświadczeniu pracy w fabryce:

Wziąć klakson.
Podłączyć kable.
Przekręcić śrubokrętem.
Baa! Buu! Łii! Er! Biiuup!
Odłożyć klakson na taśmę.
Nacisnąć guzik.
Po tygodniu tego syfu postanowiłem zagadać do Harry'ego, starszego gościa, który robił koło mnie.
Długo tu pracujesz? - pytam.
E?
Długo tu jesteś?
Co tam szepczesz, synu?
Długo tu pracujesz - krzyczę. Harry pewnie stracił słuch od codziennego pipkania samochodowych klaksonów.
Dwadzieścia dziewięć lat i siedem miesięcy - wyjaśnił i cieszy japę.
Żartujesz sobie?
E?
Nic.
Co tam szepczesz, synu?
Cholernie długo, Harry!!!
A wiesz, co jest najlepsze?
Podnoszę ręce i kręcę głową.
Za pięć miesięcy dostanę złoty zegarek. Po przepracowaniu trzydziestu lat!
Trzydzieści lat w tej kanciapie! Aż się chciało, żeby ruscy zrzucili bombę i zrównali z ziemią.
- Jeśli tak bardzo ci zależy na tym zegarku - mówię - trzeba go było zajebać jubilerowi. Gdyby cie złapali, siedziałbyś dziesięć razy krócej, niż siedzisz w tej gównianej kanciapce[8].

     Autor wspomnień stwierdza, że nie chce tak żyć. Narasta w nim bunt i sprzeciw wobec otaczającej go rzeczywistości. To właśnie ten bunt i niezgodna jest początkiem ważnej zmiany, jak twierdzi Stéphane Hessel, jest bodźcem do działania, do aktywnego działania. Tu zmiana dotyczyła nie tylko zmiany miejsca pracy, ale zmiany swojego życia, za wszelką cenę. Impuls, który u wokalisty zaowocował podjęciem decyzji, że chce zostać gwiazdą rocka (inspirację przyniósł usłyszany w radiu utwór The Beatles She loves you - tak jak artyści zmienili podejście do muzyki, tak Osbourne postanowił zmienić swoje życie). Jego brat wspomina, że zawsze chciał mieć rzeczy, których nie mógł mieć[9]. I tak Black Sabbath w muzyce dokonali rzeczy monumentalnych, byli pionierami w tworzeniu gatunku muzycznego i dali inspirację późniejszym pokoleniom. Paul McCarney w dokumencie Boże, błogosław Ozzy'ego Osbourne'a z 2011 roku w reżyserii Mike'a Fleissa i Mike'a Piscitelliego wypowiada słowa: "Słuchając ich teraz, to wcale nie jest już tak szalone, ale wówczas było kompletnie szokujące"[10].
     Osbourne z dzisiejszej perspektywy ciekawie mówi o początkach Black Sabbath: "Nawet jeśli nie udawałoby się nam nic zdziałać, czułem się doskonale w gronie gości, którzy nie mieli nic do stracenia i wszystko do zdobycia. Było wspaniale"[11]. To poczucie wspólnotowości, które obecnie chyba bezpowrotnie zatraciliśmy, było szalenie istotne, nie tylko w czasie młodości, ale w czasach późniejszych - o czym mówi wielu współczesnych geriatrów, szukając źródeł młodości. Wracając do opisywanego przypadku wokalisty, wspólnotowość została w końcu utracona. Osiągnąwszy w szybkim czasie "wszystko": sukces, wyjście z biedy, rodzinę, poznanie świata; po śmierci załamuje się i w niczym nie potrafi znaleźć ukojenia. Był cały czas pod wpływem alkoholu, narkotyków i innych substancji, nie był w stanie śpiewać dlatego też koledzy z zespołu byli zmuszeni usunąć, co odebrało mu jedyną rzecz jaka mu pozostała - poczucie wspólnoty. Wokalista doszedł do wniosku, że miał już wszystko i stracił wszystko, dlatego jeśli już odejść, to tylko z "przytupem" i na swoich warunkach. Proces autodestrukcji mogły obserwować pokolenia w mediach i prasie. Stał się karykaturą, mimo to ludzie go uwielbiali. Nagrywa, koncertuje.

Mam szczęście. Mam 60 lat. I nadal podróżuję po świecie. Wciąż koncertuję i ludzie chcą mnie oglądać. (...) Kiedy byłem fanem The Beatles, miałem różne fantazje... I jeśli to uczyni czyjś dzień ciut lepszym, gdy może powiedzieć: "Rany! Spotkałem Ozzy'ego Osbourne'a", to moja praca[12].

     Potem następuje poprawa. Asystent, przyjaciel rodziny, podsumuje: "Sporo stracił na wadze. Troszczy się o zdrowie, ćwiczy niemal codziennie. Ozzy dorósł. Zajęło mu to więcej czasu niż większości ludzi, ale udało mu się"[13]. Wokalista pozostaje młody duchem, ale sporo za to zapłacił. "Moje życie było szalone i to jeszcze nie koniec[14].
     Bunt, młodość i poczucie wspólnoty przekładały się na styl życia i tworzyły repertuar wartości wokół rock'n'rolla. Wystarczy spojrzeć na festiwal w Jarocinie, by zrozumieć, jakie znaczenie miały bunt, młodość i rock'n'roll w Polsce. Rock'n'roll stał się głosem młodego pokolenia, jednoczył młodych ludzi, dawał im poczucie wspólnoty w ciężkich latach 80. w Polsce. Wraz z młodzieżą ewoluował, tworząc nowy nurt w kulturze, pomógł w jakiejś mierze zmienić oblicze kraju. Z dokumentu Doroty Tuńskiej z 2010 roku, o trafnym tytule Jarocin - historia rockiem pisana, czyli 30 lat festiwalu, można dowiedzieć się czym miał być, a czym się stał dla młodych ludzi. Jarocin był miejscem spotkania młodych muzyków, młodych ludzi, którzy nie zgadzali się z otaczającą rzeczywistością, którzy odczuwali potrzebę przeciwstawienia się narzuconemu systemowi władzy. Muniek, wokalista niegdyś zespołu Opozycja, dziś T.Love, podkreślił, że było to miejsce, gdzie pomimo cenzury można było usłyszeć ze sceny wykrzyczane hasła, z którymi większość się zgadzała, ale bała się wypowiedzieć je głośno. Te wykrzyczane słowa były traktowane jako pewnego rodzaju zwycięstwo - manifestacja przewagi nad starym systemem. W metafizycznym znaczeniu było to zwycięstwo "nowego - młodego" świata nad starym. Z kolei muzyk zespołu Dezerter Krzysztof Grabowski mówi o pewnej postawie życiowej, która charakteryzowała ówczesnych młodych ludzi. Wskazuje, że buntowano się, ponieważ nie widziano przyszłości (nawiązuje do punkowego hasła no future), myślano, że nic nie da się zmienić, ale jednak udało się. Dziś hasło no future jest nieaktualne, ale nie daje to usprawiedliwienia dla zaprzestania buntu. Forma buntu ewoluowała. Nie należy zaprzestać buntowania się (w znaczeniu postawy życiowej), ponieważ lepiej działać w życiu, zmagać się intelektualnie niż nic nie robić i poddać się. Hessel przypomina, że po wygranej wojnie należy się zaangażować[15]. O Jarocinie można mówić w kontekście wydarzenia pokoleniowego, jego estetyka i organizacji nie musi przypadać wszystkim do gustu, ale dla młodych ludzi w latach 80. była to "walka" o swoje pokolenie. Była to "dawka uczciwości" - kulturowa terapia, intelektualna polemika z otaczającym światem i budowanie poczucia wspólnoty. Katarzyna Nosowska powiedziała, że Jarocin to było takie miejsce, że nawet jeśli człowiek nie był skory do przeciwstawiania się, tam odkrywał, że pewna dawka buntu w życiu jest niezbędna, żeby być człowiekiem. Podobnego zdania był świetny znawca rock'n'rolla Tadeusz Sławek w wywiadzie udzielonym w 2000 roku[16].
     Pogłębioną refleksję na temat potrzeby oburzania się Stéphane Hessel w książce Czas oburzenia!, który stwierdził, że zawsze stał po stronie dysydentów. Ta mała książeczka, została przetłumaczona niemal na każdy język świata, sprzedała się w ponad milionowym nakładzie, porównywana była do płonącego lontu rewolucji. Autor postanowił "na starość" nieco "zamieszać" i pokazać młodszym pokoleniom, że moralnym obowiązkiem człowieka jest oburzanie się i działanie, że w dzisiejszym świecie nie ma usprawiedliwienia dla bierności i przyjmowania wszystkiego bezrefleksyjnie. Hessel już na pierwszych kartach książki diagnozuje:

Żyjemy w świecie wzajemnych powiązań, jaki nigdy jeszcze do tej pory nie istniał. I w tym świecie istnieją rzeczy nie do zniesienia (...). Najgorszą z postaw jest obojętność, powiedzenie sobie "ja nic nie mogę, sam staram się sobie jakoś radzić". Zachowując się w ten sposób, pozbawiacie się jednego ze składników, które czynią was człowiekiem. Jednego ze składników niezbędnych: zdolności do oburzania się i do zaangażowania, które jest jej konsekwencją[17].

     Oto młody duchem Hessel przekonuje, że bunt, oburzanie się, angażowanie czyni nas ludźmi, że bez tych składników nie można mówić o człowieczeństwie. Zatem poczucie wspólnoty i bunt stanowią nić, która pozwla przerzucić pomost między pokoleniem Jarocina a doświadczeniem Hessela. Jednak Hessel cały czas podkreśla, że nie wystarczy samo oburzanie się, kwintesencją działającego buntu, który namacalnie przynosi efekty jest działanie, niezgoda to emocjonalne paliwo do aktywnego zaangażowania się. I jeszcze jedna wskazówka płynąca z lektury, warta przywołania w kontekście pielęgnowania potrzeby buntu: "Wszyscy powinniśmy dbać o to, by nasze społeczeństwo pozostało społeczeństwem, z którego jesteśmy dumni, nie społeczeństwem jednostek, którym odmawia się papierów, społeczeństwem bezdomnych, podejrzliwych wobec emigrantów, nie społeczeństwem, w którym kwestionuje się prawo do emerytury i zdobycze ubezpieczeń"[18]. Czytając przejmujące i bardzo szczere dzienniki z okresu 1984-1989 Sándora Máraia można odnaleźć rewers przekonań Hessela, że bunt to wewnętrzna siła, że potrzeba oburzania się i chęć do działania stanowią siłę życiodajną: "Zmęczyłem się, nie ma już we mnie żadnego sprzeciwu wobec śmierci. Nie ma we mnie żadnych pragnień i nie ma już we mnie protestu"[19]. Starość bezdyskusyjnie jest tym wiekiem, w którym dokonuje się pewnego rodzaju bilansu. Jest to czas, kiedy podsumowuje się pewne dokonania, sukcesy i porażki, niekiedy ocena ich może przybrać charakter traumatyczny, zwłaszcza w świecie dynamicznych zmian, wszechobecnego pośpiechu, przemian cywilizacyjnych. Z psychologicznego punktu widzenia żyje się lepiej, kiedy na horyzoncie pojawia się szansa na jakąś poprawę. Często jednak bywa, że tej wizji na lepsze jutro nie dostrzega się w wieku starczym, dlatego też wiele wydarzeń osoba starsza odbiera negatywnie, co doprowadzić może do jej załamania, zamknięcia się, a nawet depresji. Lęk ten może zmaleć, kiedy podejmie się próbę dostrzeżenia sensu przeżytych lat i skupienia się raczej na tym, co się udało, co przyniosło satysfakcję, z czego jest się dumym i zadowolonym.
     Ten "okres strat" - jak nazywa to psychologia - jest wpisany w życie i jest to pewnego rodzaju wyzwanie, zmaganie się ze swoją bezduszną biologią ciała w ostatnim okresie życia. Ten "okres strat" można potraktować jako wyzwanie, ponieważ każdy etap życia stawia pewnego rodzaju wyzwania, zadania, którym na każdym z etapów życia należy sprostać - i to właśnie przeciwstawienie się, czy też dostosowanie i akceptacja jest pewnego rodzaju buntem, ponieważ nie ulegamy przeciwnościom i zmianom, nie jesteśmy bierni - co dla jakości naszego życia są szalenie ważne.
     Starość nie jest nagła, nie dotyka nas znienacka, to kontynuacja naszego dotychczasowego życia, a zatem można ją przewidzieć i się do niej w jakiś sposób przygotować.

Koniecznym warunkiem dla poczucia jakości życia osoby w starszym wieku jest zaakceptowanie zmian biologicznych wynikających z naturalnego procesu starzenia się oraz zwiększających się wraz z wiekiem ograniczeń w pełnieniu funkcji społecznych. Nie oznacza to wcale biernego poddawania się tym procesom. Z jednej strony należy zaakceptować przemiany biologiczne jako naturalne i nieuchronne, a z drugiej - starać się je maksymalnie opóźnić naturalnymi metodami (styl życia)[20].

     Wielu lekarzy, w tym głównie geriatrów, jasno mówi, że człowiek sam musi nadać sens temu co robi, swojemu życiu zwłaszcza w późniejszym etapie. To właśnie nadany sens motywuje i aktywizuje, a poczucie braku sensu, bierność i brak poczucia celowości powodują przyspieszenie procesu inwolucji starczej.

Mądrość pragmatyczna, nabywana na bazie doświadczeń życiowych, pozwala człowiekowi lepiej kierować własnym życiem oraz radzić sobie w trudnych sytuacjach. Mądrość transcendentna, charakterystyczna dla okresu późnej dorosłości, stanowi efekt rozwoju podmiotowego i oznacza filozoficzną postawę, z nabraniem dystansu wobec wielu zdarzeń życiowych. Zapewnia pogodę ducha i równowagę psychiczna[21].

     Jak to wspomniał w wywiadzie Tadeusz Sławek: "można żyć bez sensu, ale umrzeć bez sensu byłoby strasznie"[22].


[1] Cyceron, Katon Starszy o starości, przeł. Z. Cierniakowa, Warszawa 1996, s.48.
[4] H. Zielińska-Więczkowska, K. Kędziora-Kornatowska, T. Kornatowski, Starość jako wyzwanie, "Gerontologia Polska", 2008, t. 16, nr 131-136, s. 134
[5] M. Harland, Wino, głodówka i seks, "Gazeta Wyborcza" 9-10.05.2015, s. 35.
[6] O. Osbourne, Ch. Ayres, Ja, Ozzy. Autobiografia, przeł. D.K, Warszawa 2010, s.25-37.
[7] na podstawie filmu, God Bless Ozzy Osbourne, reż.: M. Fleiss, M. Piscitelli, 2011.
[8] O. Osbourne, Ja, Ozzy..., s.48-49.
[9] na podstawie filmu, God Bless...
[10] Tamże.
[11] Tamże.
[12] Tamże.
[13] Tamże.
[14] Tamże.
[15] S. Hessel, Czas oburzenia!, przeł. P.Witt, Warszawa 2011, s. 36.
[17] S. Hessel, Czas...., s.15.
[18] S. Hessel, Czas..., 7.
[20] na podstawie Z. Pietrasiński, Rozwój dorosłych, W: Wprowadzenie do andragogiki, pod red. W. Wujek, Radom 1996, s. 11-35.
[21] na podstawie M. Straś-Romanowska, Późna dorosłość. Wiek starzenia się. W: Psychologia rozwoju człowieka, t. 2, pod red. B. Harwas-Napierała, J. Trempała, Warszawa 2001, s.263-292.

do góry









































strona 153








































strona 154








































strona 155








































strona 156








































strona 157








































strona 158








































strona 159








































strona 160








































strona 161

główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów dla autorów indeksacja archiwum   English version