główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów dla autorów warsztaty archiwum   english version
Jacek Kurek, Anna Piontek

W narożniku...
Wśród mieszkańców międzywojennej Kolonii Mościckiego w Katowicach

     Siła początku, potrzeba zmiany, wychylenie ku nowemu, wszystko to sprawia, że prowincja jest przestrzenią otwartą. Zamiast wyczekiwać i narzekać na wiatr wiejący w oczy, warto docenić jej potencjał i wykorzystać właściwy moment, bo prowincja przyjmuje czujnych i wsłuchanych w puls życia. Jej dzieje to historia zaprzepaszczonych okazji i wykorzystanych szans
Krzysztof Czyżewski
     Znany historyk Polski i Śląska Ezechjel Zivier zauważył kiedyś słusznie, iż Śląsk stanowi pod względem geograficznym rodzaj narożnika i od wieków dzieli los, wszystkich narożników, że się mianowicie o nie zawadza i w nie uderza. - Każde zderzenie zaś i ciśnienie powoduje ruch bądź to zewnętrzny, czyli zmianę położenia, bądź to wewnętrzny, wytwarzający ciepło, które albo wiąże albo rozsadza
ks. Emil Szramek

     Granica...
     Gdy w 1922 roku Górny Śląsk podzielono między Niemcy i Polskę, do nierzadkich przypadków należały sytuacje, w których granica biegła przez podwórka, domy i stodoły... Łącząc - dzieliła. Po obu jej stronach wyodrębniały się mniejszości, których obecność wymagała odmiennych regulacji prawnych. Była to sytuacja nowa. Wielu podział rodzinnych stron uważało za niesprawiedliwość, okoliczność zgoła złą, a w najlepszym razie niewygodną. Nigdy też przez cały okres międzywojenny nie ucichły głosy dezawuujące zaistniały stan rzeczy. Urzędnicy polskiej administracji państwowej, nieraz bez większego namysłu nad ubocznymi skutkami podejmowanych działań i z pominięciem lokalnych uwarunkowań, próbowali na różne sposoby "integrować" przygraniczne tereny z resztą kraju. Niemcy natomiast nie marnowali żadnej sposobności do wykazania, że ci, którzy zdecydowali się oddać głos w roku 1921 za Polską, popełnił błąd, skazując się na życie w tworze słabym, biednym i o mglistej przyszłości - państwie "szklanych domów". Polskie władze, świadome własnej bezsilności i siły niemieckiej propagandy, z uporem powtarzały, że insynuacje zachodniego sąsiada są zwyczajnymi oszczerstwami. W zaistniałych warunkach napięcie polityczne po obu stronach polsko-niemieckiej granicy, która boleśnie rozdzieliła Śląsk, mogło tylko narastać. Na południu rozgorzał polsko-czechosłowacki spór graniczny. Sąsiedzka nieufność prowadziła obie strony ku niewygasającej konfrontacji.
     Gdy po niemieckiej stronie granicy powstawać zaczęły domy dla weteranów 1919, 1920 czy 1921 roku, polska administracja podjęła analogiczne wysiłki, budując niedrogie kolonie domków, przeznaczonych dla oddanych sprawie polskiej Ślązaków oraz zasłużonych dla sprawy polskiej na Śląsku przybyszów. W 1927 roku pracownikom Wydziału Komunikacyjno-Budowlanego Urzędu Województwa Śląskiego w Katowicach zlecono opracowanie koncepcji budowy kolonii robotniczych. Miały być one potwierdzeniem troski i dbałości polskich władz o patriotycznie zasłużonych obywateli[1].
     Akcję traktowano przede wszystkim w kategoriach politycznych, a więc i propagandowych, tym samym zlekceważono sceptyczne głosy śląskich architektów. Ci oprotestowali projekt, uznając, że realizuje się go z pominięciem konsultacji ze środowiskami najbardziej w tej materii kompetentnymi. Związek Architektów na Śląsku ocenił, że dwurodzinne, wolno stojące domy są drogie i archaiczne, rozplanowane chaotycznie i pod względem architektonicznym pozbawione wartości. Wskazywał na nowe trendy, a więc na budownictwo szeregowe, wiązane wówczas z architektoniczną awangardą i akcentujące jej integracyjne funkcje[2]. W tym samym czasie staraniem władz miasta wybudowano w Katowicach kolonię urzędniczą przy ul. Raciborskiej, według projektu Lucjana Sikorskiego, prezentującą najnowsze tendencje w budownictwie mieszkaniowym Europy[3]. Obrońcy projektów niskiej zabudowy kolonii robotniczych podkreślali, że na terenach eksploatacji górniczej nie powinno stawiać się wysokich obiektów.
     W planach kolonii robotniczych ujawniły się charakterystyczne paradoksy historii... Inspiracja dla podejmowanych przez władze polskie decyzji leżała po drugiej stronie granicy - czerpała z działań Obcego. Budowę domów, w skali makro mających służyć budowaniu więzi Śląska z Polską, realizowano w oparciu o założenia, które wprost nie służyły integracji ludności w jej mikroświecie. Determinowały sposób postrzegania i przeżywania przez nią lokalności.

     Domy...
     Funkcjonalizm projektu architektonicznego Lucjana Sikorskiego, dość odosobniony, pozwalał nie tylko optymalnie wykorzystać dostępną przestrzeń, ale przede wszystkim sprawiał, że zyskiwała ona charakter wspólnototwórczy. O ten fundamentalny walor zabiegali architekci krytykujący rozwiązania podobne do tych, jakie zastosowano w Załężu[4]. Warto nadmienić, że odpowiedzialne za budowę Kolonii załęskiej[5] wspomniane Wojewódzkie Kierownictwo Budowy Kolonii Robotniczych nie zatrudniało żadnego architekta[6]. Wprawdzie w 1928 roku zaczęto niektóre postulaty architektów uwzględniać w urzędniczych decyzjach, jednak nie przysłużyło się to Kolonii Mościckiego, która była wtedy już wybudowana i w większości zamieszkana[7].
     Kolonię wybudowano na poprzemysłowych nieużytkach, w północno-zachodnim narożniku Załęża, przy granicy z Wielkimi Hajdukami (od 1939 roku czwartą dzielnicą Chorzowa), w sąsiedztwie hajduckiej zajezdni tramwajowej oraz katowickiej kopalni "Kleofas". Cały teren pod budowę wykupiono od spółki Giesche. Domy znajdowały się między wspomnianymi torami kolejowymi a linią tramwajową Hajduki-Katowice-Mysłowice[8].
     W owym klinie, wbitym między tory kolejowe i tramwajowe, "narożniku" katowickiej granicy, powstały bliźniacze domy dwurodzinne z dwu- i czterospadowymi dachami z lukarnami, częściowo tylko podpiwniczone, ale za to otoczone cennymi ogródkami (od ok. 300 do ponad 500 m2). Ostatecznie stanęły 63 bliźniaki. Różniły się licznymi szczegółami, a w ich wnętrzach zastosowano odmienne rozwiązania architektoniczne. W gaz zaopatrywała je Górnośląska Centrala Gazowa w Wielkich Hajdukach. Kanalizację zakładano na osiedlu jeszcze w latach trzydziestych XX wieku[9].
     Mieszkańcy Kolonii uczęszczali do kościoła pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Hajdukach, a potem od 1939 roku do bliżej położonego kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Do tych świątyni, jak też (od połowy lat trzydziestych XX wieku) na Klimzowiec do prowizorycznego kościółka franciszkanów, mogli dojść piechotą. Paweł Jacek w imieniu Związku Powstańców Śląskich wystąpił nawet z propozycją utworzenia w szkole kaplicy, która mogłaby się stać zalążkiem parafii. Idea ta nie znalazła jednak aprobaty w katowickiej kurii diecezjalnej. Od 30 sierpnia 1936 roku mieszkańcy Kolonii oficjalnie należeli do parafii św. Józefa w Katowicach Załężu. Jeszcze w pierwszych dekadach XXI wieku najstarsi mieszkańcy wspominali, że przed wojną jazda tramwajem do kościoła w Załężu była dla rodziny zbyt kosztowna z uwagi na wysokie ceny biletów. Nie mieli również w najbliższym otoczeniu cmentarza.
     Położenie Kolonii pod wieloma względami sprzyjało integracji jej mieszkańców bardziej z Wielkimi Hajdukami aniżeli z Załężem i centrum Katowic. Nierzadko zdarzało się, że nawet urzędowa korespondencja do mieszkańców przychodziła zaadresowana błędnie na Wielkie Hajduki. Mieszkańcy Kolonii kibicowali "Ruchowi" Wielkie Hajduki, w latach trzydziestych XX wieku najbardziej utytułowanemu klubowi piłkarskiemu w Polsce. Niektórzy pracowali w Wielkich Hajdukach np. na kolei, w komisariacie policji czy Hucie "Bismarck" ("Batory"). A niektóre dzieci z Hajduk (ale także z katowickich Załęża i Bederowca) chodziły do szkoły wybudowanej na Kolonii.
     Zabudowa osiedla w pewnym stopniu, choć nieudolnie, nawiązywała do idei miasta ogrodu, jednak nie można porównywać jej z wybitnymi założeniami katowickiego Giszowca[10]. Opracowana w 1898 roku przez Ebenezera Howarda koncepcja miasta - ogrodu była nie tylko założeniem urbanistycznym, ale także owocem społecznej strategii. Zasadzała się na konsensusie między miastem i wsią, była próbą połączenia tego, co w obu tych wartościach najcenniejsze - co naturalne (boskie) z tym, co przetworzone i niedoskonałe (ludzkie). Powstające na peryferiach satelickie miasto - ogród miało być dobrze skomunikowane z miastem - matką, ale zarazem samowystarczalne. Wokół centralnie położonych terenów, konsolidujących mieszkańców, promieniście, w równej odległości rozmieszczano skupiska w miarę jednolitej, niskiej zabudowy z przydomowymi ogródkami[11]. Założenia architektoniczne Kolonii Mościckiego w pewnym stopniu wpisywały się w tę ideę. Zabrakło jednak prawdziwego centrum samej Kolonii. Integracja następowała wyłącznie w najbliższym sąsiedztwie i w ramach kwartałów zabudowy, a wpływ na nią miały także więzy krwi. Osiedle nie było samowystarczalne. Mieszkańcy dysponowali dwoma sklepami najpotrzebniejszej potrzeby i na zakupy musieli udawać się do Katowic, Wielkich Hajduk czy Królewskiej Huty (Chorzowa), a nawet dalej.
     Domy ustawiono przy 10 równoległych w stosunku do siebie ulicach, biegnących od ulicy Wojciechowskiego (obecnie Gliwicka). Jedenasta ulica łączyła wschodnią część osiedla z zachodnią, a dwunasta biegła zakolem, otaczając domy najbardziej wysunięte w stronę Wielkich Hajduk. Ulicom nadano imię 12 spośród 104 górników, którzy zginęli w katastrofie górniczej w sąsiedniej kopani "Kleofas" w 1896 roku.
     Twórcy Kolonii nie przewidzieli w niej neutralnej przestrzeni (centrum, rynku lub typowego śląskiego placu), w której mieszkańcy mogliby się spotykać, dzięki której stawaliby się względem siebie "równi", chociażby mając jednakową odległość do tego miejsca. Jedynym takim forum stał się budynek szkoły, położony wprawdzie w połowie długości Kolonii, jednak nie w centrum. Szkołę oddano do użytku dopiero 1 września 1932 roku. Nadano jej imię Prezydenta Ignacego Mościckiego. W tym czasie Kolonię zamieszkiwało 851 osób, a w roku 1936 - 973. Otwarcia katowickiej Kolonii dokonał 2 października 1927 roku jej pierwszy patron. Stosowną decyzję o używanej już zwyczajowo nazwie osiedla Śląska Rada Wojewódzka podjęła 30 września 1927 roku[12].

     Ludzie...
     Mieszkania na Koloniach budowanych przez Wojewódzkie Kierownictwo Budowy Kolonii Robotniczych przeznaczone były wyłącznie dla niekaranych obywateli polskich. Pierwszeństwo mieli robotnicy, rzemieślnicy i ci pracownicy państwowi, których wynagradzano z budżetu województwa albo też Skarbu Państwa. Ponadto ci, którzy przeprowadzali się z terenów Niemiec i Czechosłowacji[13]. Na Kolonii Mościckiego zamieszkało w ten sposób wielu powstańców śląskich i wielkopolskich, optantów oraz tzw. weteranów pracy. Byli wśród nich urzędnicy państwowi, pedagodzy, działacze niepodległościowi, a także spora grupa kolejarzy i pracowników policji. W sumie w przemyśle zatrudnionych było przeszło pięćdziesięciu mieszkańców Kolonii, w komunikacji blisko trzydziestu, prawie tyle samo było urzędników i nieco poniżej dwudziestu rzemieślników, pracowników handlu i usług[14].
     Do działki nieco później wybudowanej szkoły przylegał teren, gdzie stanął, różniący się od innych, dom dla nauczycieli. Gdy opustoszał, częściowo przekazano go rodzinie, która mieszkała wprawdzie na terenie Kolonii, jednak nie we własnym domu. Pochodziła z Wielkopolski, a jej "głową" był stolarz - Jan Karwatka[15]. Rekomendowany przez naczelnika poczty katowickiej otrzymał właśnie ten nauczycielski dom.
     Dom przy ulicy Gliwickiej 256 (wówczas Wojciechowskiego 231) zajął Augustyn Bulla z żoną Jadwigą i córką Marią. Bulla wcześniej mieszkał w Brynowie, a żona jego pochodziła z Szopienic. Był powstańcem śląskim i działaczem miejscowego Związku Powstańców Śląskich. Przez pewien czas stał nawet na jego czele. Z zawodu szofer. Właśnie tacy jak on przede wszystkim otrzymywali domy w Kolonii. Wielu z nich, z uwagi na swoją powstańczą przeszłość, z chwilą wybuchu wojny zostało usuniętych z domów. Ich miejsca zajęli mieszkający m.in. w kamienicach Załęża ci, którzy zdeklarowali się jako Niemcy.
     Niektórzy mieszkańcy Osiedla chętnie włączali się w działalność załęskich organizacji, szybko jednak powstawały ich odpowiedniki na terenie samej Kolonii, znajdując wkrótce przyjazną siedzibę w tutejszej szkole. Kolonia Mościckiego, chociaż sama niewielka, była przestrzenią intensywnej aktywności społecznej. Antoni Steuer doliczył się 24 przedwojennych stowarzyszeń, które tworzyli mieszkańcy tych kilkudziesięciu domów. Wiele organizacji powstało już w 1928 roku[16].
     Nie przewidziano dla mieszkańców Kolonii infrastruktury dodatkowej - nawet szkoły, nie licząc budynków przeznaczonych na sklepy. Szkoły zaczęli się domagać sami w 1929 roku, a wobec początkowego oporu władz zagrozili, że wystąpią o przyłączenie Kolonii do Wielkich Hajduk. W latach 1934-1935 w szkole, wybudowanej dwa lata wcześniej, uczyło się 505 dzieci (nie tylko z Kolonii). Pierwszy dyrektor placówki, Józef Słomka, wspominał po latach, że "poziom nauczania musiał być dość wysoki", skoro kierowano tu liczne wycieczki z całego kraju i z zagranicy, a nawet jedną z Japonii[17]. W istocie wycieczka była z Chin, a odwiedziła szkołę kierownika Słomki podobnie jak wiele innych. W tym czasie bowiem właśnie obiekt na Kolonii Mościckiego był najbardziej reprezentacyjnym dla katowickiej edukacji. Władze lubiły się nim chwalić.
     Od początku szkoła była centralnym miejscem spotkań małej społeczności Osiedla. Na jej terenie odbywały się uroczystości, akademie, zabawy, wiece, zebrania. Mieszkańcy często fotografowali się na tle szkolnego budynku. Praktycznie wszystkie dzieci z Kolonii rozpoczynały tu edukację. Było to, jak wspomnieliśmy, jedyne neutralne (przynajmniej z punktu widzenia własności budynku) miejsce spotkań. Wiedzieli o tym załęscy Niemcy. Katolischer Deutscher Fraunebund rozpoczął starania o założenie w budynku szkoły prywatnej, niemieckiej ochronki. Spotkało się to jednak ze stanowczą reakcją miejscowego Towarzystwa Polek, które zwołało wiec i wystosowało protest przynoszący pożądany dla organizatorek skutek. Niemiecką ochronkę uruchomiono w roku 1934 poza terenem Kolonii.
Dzieciom nigdy nie brakowało pomysłów, by jak najatrakcyjniej zaanektować przestrzeń wokół Kolonii. Nieodległy i nieistniejący już (miejscami bardzo głęboki) staw - przez niektórych nazywany Burloch - znajdujący się za torami tramwajowymi, zamieniał się podczas upałów w kąpielisko. Dorośli chętnie pływali tam kajakami. Po drugiej stronie torów kolejowych wznosił się zwalisty garb hałdy kopalni "Kleofas", miejsce nieomal niekontrolowanej swawoli. Dzieci nie opierały się pokusom zabaw, polegającym na rozkładaniu na szynach małych przedmiotów i obserwowaniu, co z nich zostało po przejechaniu pociągu. Z piłką bawiły się w tzw. "wojnę narodów". Podczas zabaw zawierano niejednokrotnie trwałe przyjaźnie, z których kilka przerodziło się po latach w małżeństwa. Między innymi stało się tak w przypadku Wandy Bulli i Wiktora Kaczmarczyka, sąsiadów zza płotu. Wiktor był utalentowanym plastycznie pracownikiem jednego z biur projektowych. Jego ojciec zmarł dość wcześnie - w 1934 roku. Podobnie jak ojciec Wandy trafił na Kolonię jako ex powstaniec. Do Katowic przyjechał z części Śląska przyznanego Niemcom. Kaczmarczykowie początkowo mieszkali na terenie dzisiejszego Chorzowa. Jak wielu innych związali się z tym miejscem na całe życie i pokolenia.

     Wojny polsko-polskie
     Szybko okazało się, że społeczny konglomerat Kolonii, będący owocem politycznego rozdania administracji państwowej, stał się źródłem nieporozumień, a także konfliktów. Mimo, że wszyscy mieszkańcy osiedla byli Polakami, wobec wyzwań życia codziennego na śląskim pograniczu, a także komplikującej się sytuacji politycznej nie uniknęli wewnętrznych napięć. Stało się tak w grupie niewielkiej i przecież jednolitej narodowościowo. Niemcy mieszkający w nieodległym Załężu, Wielkich Hajdukach, a z zwłaszcza Królewskiej Hucie (Chorzowie) byli grupami sporymi i stanowili, szczególnie w tym ostatnim miejscu, świadomą swojej narodowej tożsamości społeczność. Po latach potomkowie pierwszych mieszkańców Kolonii na ogół nie pamiętali tej pełnej sporów odsłony życia codziennego z lat trzydziestych XX wieku. Pytani, najczęściej mówili o jednolicie polskim charakterze tego miejsca i dobrosąsiedzkich stosunkach. Byli jednak wówczas tylko dziećmi. Tymczasem ideowe różnice między dwoma najaktywniejszymi działaczami społecznymi Kolonii sprzyjały polaryzacji postaw jej mieszkańców. Było to zjawisko charakterystyczne w ówczesnym województwie śląskim. Tu jednak, na niewielkim terenie i wśród małej społeczności, stawało się wyjątkowo wyraziste. Przekonania części z mieszkańców reprezentował lider środowiska legionowego - kierownik szkoły Józef Słomka, inni skupiali się wokół czołowego działacza lokalnych struktur Związku Powstańców Śląskich i właściciela miejscowego sklepu - Pawła Jacka. Tak część małej społeczności Kolonii hołdowała tradycji powstańczej, inni - legionowej. Jednym bliski był Wojciech Korfanty, drugim - Michał Grażyński. Byli i tacy, którzy nie znaleźli dla siebie miejsca w żadnej z tych dwóch tradycji, społeczni abnegaci. W małej społeczności Kolonii skupia się jak w soczewce obraz sytuacji charakterystycznej dla ówczesnego Śląska, gdzie żyli nie tylko ludzie różniący się językami i wyznaniem, ale także ci, którzy identyfikując się z polskością należeli do różnych politycznych opcji. To efekt napływu ludności z zewnątrz, ale również obraz zastanych podziałów politycznych, nieraz też rozczarowania nową sytuacją społeczno-gospodarczą.
     Na początku 1932 roku doszło do incydentu na spotkaniu miejscowego Związku Powstańców (o znamiennej nazwie: Gliwcko-toszecka Grupa Kolonia im. Prezydenta Ignacego Mościckiego). Pojawił się na nim jeden z mieszkańców - Stanisław Lazar, który już wcześniej, gdy 5 stycznia próbowano zaprosić go na organizowaną przez Związek gwiazdkę dla młodzieży miał powiedzieć podniesionym głosem: "Ja do tych chacharów Powstańców mam należeć, do tych co tyle nieszczęścia narobili?". W lutym na comiesięcznym spotkaniu Lazar, mimo że nie był członkiem Związku ani też żadnej z działających w Kolonii organizacji, pojawił się i zażądał prawa do głosu w sprawie budowy kaplicy na Kolonii oraz problemów uchodźców z terenów Śląska, należących wówczas do Niemiec. Gdy zaczął mówić, natychmiast zmienił temat i ku oburzeniu zebranych, nawiązał do wątku powstań śląskich, które jego zdaniem narobić miały więcej szkody niż pożytku. W konsekwencji zarząd Związku wystosował pismo do wojewody Grażyńskiego z postulatem, by odebrać Lazarowi domek i przekazać go innej osobie, czego oczywiście nie zrobiono. Wszystko wskazuje na to, że ten do niedawna pracujący na dworcu kolejowym w Wielkich Hajdukach dyżurny ruchu, dał upust swojemu rozczarowaniu z powodu niskiej emerytury i frustracji związanej z tym, że zupełnie inaczej wyobrażał sobie życie w wolnej Polsce[18]. Był to jeden z kluczowych problemów mieszkańców polskiej części Śląska w okresie międzywojennym. Runął wówczas mit Polski jako dobrostanu, marzenia przegrały z realiami społeczno-gospodarczo-politycznymi[19].
     Konflikt Józefa Słomki i Pawła Jacka do tego stopnia rozpalił namiętności, że wojewoda Grażyński ostatecznie przeniósł kierownika szkoły do Ligoty, motywując decyzje rozszerzaniem konfliktu dorosłych na dzieci. W ślad za nim także część nauczycieli opuściła szkołę a jej prestiż osłabł. Wytrwale walczyła o jego odbudowę działająca tu drużyna harcerska. Czas leczył rany...
     Pośród licznych działających na terenie Kolonii organizacji uwagę zwraca powstałe w 1929 roku Towarzystwo Ogródków Działkowych "Świt", wyłonione z Grupy Miejscowej Związku Powstańców Śląskich. W 1936 roku część członków Towarzystwa dokonała secesji, wybierając władze jednoznacznie popierające Józefa Słomkę i środowisko legionowe oraz Związek Strzelecki. Raz jeszcze okazało się, że nie jest łatwo uwolnić się od politycznych kontekstów sąsiedztwa. Za swój organ prasowy uznało ono wydawanego w Cieszynie "Rolnika Śląskiego". W numerze z 19 marca 1933 roku pisano w nim m.in. że Śląskie Towarzystwo Ogrodów "[...] jest równocześnie Towarzystwem Upiększania Kolonii, które przejmuje na siebie wszelkie agendy towarzystw upiększeniowych miast dla obwodu kolonii im. Prez.[ydenta] Mościckiego w obrębie Wielkich Katowic". Dalej czytamy: "Wspomniane Towarzystwo powstało z łona «Związku Powstańców Śląskich», grupa Kolonii im. Prez.[ydenta] Mościckiego z celem tworzenia z kolonii domków wojewódzkich - osiedli-ogrodów lub miast-ogrodów. Cel ten został osiągnięty prawie w pełni, tak że dziś ta część Katowic swym wyglądem kulturalnym, zwłaszcza latem wywołuje podziw nie tylko swoich, lecz i obcych z zagranicy. Kolonia im. Prez.[ydenta] Mościckiego stała się wzorem dla wszystkich tego rodzaju kolonii na Śląsku"[20]. W liście z 2 lutego 1985 roku do Dyrekcji Szkoły Podstawowej nr 24 dziewięćdziesięciodwuletni Józef Słomka przesłał fotografię przedstawiającą ukwiecony budynek szkoły w roku 1934. Napisał m.in.: "Widok ukwieconego budynku szkolnego był tak frapujący, że z podziwem przyglądali się nie tylko mieszkańcy ówczesnej Kolonii Mościckiego, ale i koledzy z innych szkół. Wiadomość o ukwieconej szkole dotarła nawet do Kuratora Szk.[olnego], który ze swoją małżonką przybył na Kolonię, by oglądnąć, co ten Słomka uczynił, że tak głośno o nim w Katowicach i okolicy". Szkoła miała także ogródek po przeciwnej stronie ulicy Gliwickiej. Anna Giemza (z domu Buchta) wspominała, że po II wojnie światowej miasto oddało go pod opiekę kilku rodzinom, które uprawiały w nim warzywa i kwiaty.

     W sklepie "na rogu"
     Mieszkańcy Kolonii zaopatrywali się przed wojną w kilku kioskach na jej terenie, a także w sklepach korzennym i mięsnym, które znajdowały się także po wojnie tuż obok szkoły, w wyróżniającym się architektonicznie budynku. Sklep prowadził Paweł Jacek. Początki nie należały do łatwych, o czym świadczy interesujący list skierowany przez Jacka do Śląskiej Rady Wojewódzkiej z dnia 20 grudnia 1928 roku:

     Otrzymałem w listopadzie br. przydział mieszkania z składem spożywczym w kolonii robotniczej im. Pana Prezydenta Mościckiego w Katowicach III. Nadanie mi mego mieszkania nastąpiło na odrębnych warunkach od reszty mieszkańców kolonii, gdyż P.T. Rada Wojewódzka ustaliła opłatę miesięczną w wysokości 154 zł.
Z płaceniem większych opłat od reszty mieszkańców liczyłem się z góry, gdyż byłem przekonany, że z składu będę miał dochodowy warsztat pracy. Pomimo tego rzeczywistość wykazała, że wyznaczona opłata jest w tym wypadku za wysoko ustaloną i na dłuższą metę nie mógłbym jej wytrzymać. Jestem początkującym kupcem i na urządzenie interesu musiałem zaciągnąć pożyczkę 4 000 zł niezależnie od konieczności sprowadzenia towarów, za które muszę płacić gotówką. Dochód miesięczny za ostatni miesiąc wykazał, że nie pokryje wydatków bieżących [...].
     Powód dość szczupłego dochodu z mego składu jest ten, że skład otrzymałem dość późno, gdy poważna część mieszkańców już się wprowadziła i szukała źródeł zakupu u innych firm. Ponadto kolonia robotnicza bywa zalewana handlarzami domokrążnymi, którzy dostarczają towar mieszkańcom kolonii wprost do domu. Oprócz tego kilka niemieckich kupców dąży systematycznie do zniszczenia mojej egzystencji przez dostarczanie towarów do domów. Są to hurtownicy "Torope" z Król.[ewskiej]-Huty i Antaszek z Wielkich Hajduk. Jako hurtownicy mogą ze mną w cenach konkurować i dążyć do zniszczenia [...].
Jestem uchodźcą i powstańcem z niemieckiej części G.[órnego] Śląska dotychczas nie miałem możliwości stworzenia sobie takiego warsztatu pracy, który by mi umożliwił skromne utrzymanie mej rodziny[21].

     Trudne było zadanie zachęcenia sąsiadów do kupowania w sklepie znajdującym się najbliżej, ale też specyficzne były śląskie realia okresu międzywojennego związane z handlem obwoźnym i nastrojami narodowościowymi. Paweł Jacek uznał, że stał się celem przedsiębranej z premedytacją nagonki niemieckich kupców. Z drugiej strony działali oni na terenie typowo polskim, jakim była Kolonia Mościckiego co wskazuje, że jej mieszkańcy nie czynili rozróżnień między niemiecką a polską ofertą handlową, kierując się najzwyczajniej ekonomicznym a nie narodowościowym kryterium. Uwzględniając kłopoty Pawła Jacka obniżono mu spłatę w ciągu pierwszego roku ze 152 do 100 zł[22].
     Los sprzedawcy i prowadzenie sklepu na Kolonii Mościckiego wpisują się w trudne arkana sztuki życia na narożniku. Sklep ze swej natury może być miejscem spotkań mieszkańców, ich integracji. Jednak jest to możliwe tylko za sprawą jego właściciela i położenia. Paweł Jacek był osobą zaangażowaną społecznie i politycznie, silnie skonfliktowaną z częścią środowiska. Jego sklep stanął niejako na narożnikach społecznym - wewnętrznym Kolonii, ale też geograficznym - miasta. Zmaganie się z gospodarczą rzeczywistością powojennej Polski sprawiło, że mieszkańcy byli gotowi zrezygnować z wygody zakupów w pobliżu, na rzecz oszczędności. Wszyscy czuli się Polakami, a przez zakupy u polskich sprzedawców mogli przyczyniać się do wzrostu gospodarczego - w ramach codziennego, praktycznego patriotyzmu. Jednak, mając ograniczone możliwości finansowe, kupowali u Niemców. Do miejskich, konkurencyjnych centrów, załęsko-katowickiego, hajduckiego czy w końcu chorzowskiego, mieszkańcy Kolonii mieli jednakowo daleko, co blisko. Jednocześnie przestrzeń osiedla stała się ich małym centrum - pograniczem, które odwiedzali wędrowni handlarze, o które pozyskanie rywalizowali kupcy, prowadzący działalność na obrzeżach. Pogranicze nawet w znaczeniu ekonomicznym jest miejscem silnej konkurencji. To sztuka przetrwania, której istotą jest rywalizacja o pozycję lidera grupy. Przestrzeń dynamiczna i w gruncie rzeczy nieprzewidywalna.

     Pointa
     Gdy wybuchła wojna, cześć mieszkańców utraciła swoje domy. Inni drżeli o nie do samego jej końca. Niektórych wcielono do Wermachtu, ale kończyli u Andersa. Odebrano patronów szkole, Kolonii i jej ulicom. Po zakończeniu wojny, zmiany i próby wykorzenienia tożsamości miały swój ciąg dalszy. Przez cały ten czas mieszkanie w Kolonii wymagało zdobywania praktycznej wiedzy o sztuce życia na pograniczu. O umiejętności budowania centrum w miejscu, skazanym na peryferyjność[23]. Odkrywaniu i umacnianiu tożsamości, w swej istocie będącej "świadomością pomiędzy": w przypadku mieszkańców Kolonii Mościckiego na geograficznej granicy centrów - państw i miast, ale także na mentalnym narożniku konfliktów i przyjaźni, poglądów politycznych i narodowych, ludzkiej sympatii i wrogości. Pogranicze jest stanem naszej świadomości niesłusznie sprowadzanym wyłącznie do przestrzeni polityczno-geograficznej. By istnieć, nie potrzebuje wytyczonej na mapie granicy. W swej istocie jest naturą człowieka, przestrzenią pogranicza, w której przekraczanie granic dokonuje się w każdej chwili. Każde "teraz" staje się pograniczem między przeszłością i przyszłością, wyobraźnią i rzeczywistością, kontekstami. W żadnej innej przestrzeni nie istnieją lepsze uwarunkowania do umacniania świadomości społecznej, budowania tożsamości w odniesieniu do Innego, a więc w atmosferze wzajemnego poszanowania wartości i odpowiedzialności - esencji społeczeństwa obywatelskiego. W tym wymiarze sztuka życia na pograniczu dotyczy nie tylko postaw indywidualnych, ale także relacji i stawania się wspólnoty, czemu jak wskazuje przykład Kolonii Mościckiego, mogą zaprzeczać lub sprzyjać potencjały architektoniczny, geograficzny i przyrodniczy miejsca. Twórcy pogranicza stają się artystami w przeżywaniu codzienności, w afirmacji tego, co zwyczajne i najprostsze, co w oddaleniu od głównego nurtu życia społecznego staje się centralne i najważniejsze, nadaje sens trwaniu. Pogranicze nie jest tylko obszarem przygranicznym. Jego znaczenie trafnie oddaje, użyty w odniesieniu do Śląska przez ks. Emila Szramka, termin narożnik[24]. Nie wymaga on linii na mapie. Jest miejscem, nagłego spotkania dwóch stron. Zbliżając się po krawędzi do narożnika, możemy obawiać się Obcego, ale możemy również nie zdawać sobie sprawy z jego istnienia. Nasz kontakt, określenie i budowanie relacji rozpoczyna się w chwili spotkania. Jego skutkiem może być konflikt. Istotą sztuki życia na pograniczu jest wykorzystanie jego potencjału i uczynienie każdego spotkania początkiem dialogu.


[1] Województwo śląskie było jedynym w II Rzeczypospolitej, które posiadało autonomię umożliwiającą Sejmowi Śląskiemu podejmowanie decyzji o budżecie województwa, zaciąganiu pożyczek, organizowaniu robót publicznych czy uchwalaniu lokalnych podatków. Dawało to władzom województwa znacznie więcej możliwości do działania, niż miały władze w pozostałych częściach kraju, i nie pozostawało bez wpływu na finansowanie budownictwa.
[2] W. Odorowski: Architektura Katowic w latach międzywojennych 1922-1939. Katowice 1994, s. 41 i 90. Brak architektów w niektórych projektach wskazuje na to, że najważniejsze dla twórców idei kolonii były ich walory utylitarne, a nie architektoniczne (s. 92).
[3] Ibidem, s. 92-95.
[4] Ibidem.
[5] Autorzy zamiennie stosują określenia: Kolonia im. Prezydenta Ignacego Mościckiego, Kolonia załęska, Kolonia Mościckiego, Kolonia lub Osiedle itp.
[6] Było to możliwe z uwagi na wciąż wówczas obowiązującą pruską Ustawą Budowlaną z 1904 roku. Wedle niej prace budowlane i projektowe mógł prowadzić w zasadzie każdy, kto tylko uzyskał pozwolenie tzw. policji budowlanej. Twórcą projektu Kolonii im. Prezydenta Ignacego Mościckiego był Józef Krzemiński (kierownik budowy wszystkich kolonii). Natomiast za budowę tej konkretnej Kolonii w Katowicach odpowiedzialny był inżynier Stanisław Andrusiewicz. Opracowanie planów niwelacyjnych oraz planów budynków znajdowało się w kompetencjach Piotr Massalskiego.
[7] Por. W. Odorowski: Architektura Katowic ..., s. 90-91.
[8] Por. K. Soida, Z. Danyluk, P. Nadolski: Tramwaje górnośląskie. T. 1: Tramwaje katowickie do roku 1945. Rybnik 201, s. 69-72.
[9] D. Głazek: Kolonie robotnicze w autonomicznym województwie śląskim. W: O sztuce Górnego Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego XV-XX wieku. Sztuka śląska odkrywana na nowo. Red. E. Chojecka. Katowice 1989, s. 108.
[10] E. Chojecka: Sztuka, architektura i kultura artystyczna. Środowisko, dzieje, kultura, język i społeczeństwo. T. 2. Red. A. Barciak, E. Chojecka, S. Fertacz. Katowice 2012, s. 48. Por. też D. Głazek: Kolonie robotnicze..., s. 104-118.
[11] Por. M. Szczepańska: Miasto-ogród..., s. 79-82.
[12] Ten sam dokument mówi o nadaniu kolonii mysłowickiej imienia marszałka Polski Józefa Piłsudskiego. APKat. UWŚL KB 27, sygn. 2778, s. 131.
[13] D. Głazek: Kolonie robotnicze..., s. 109.
[14] A. Steuer: Kolonia imienia Ignacego Mościckiego w Katowicach-Załężu (1927-1939). W: "Kronika Katowic". T. 8. Red. H. Przybylski. Katowice 1999, s. 106. Także: Księga Adresowa miasta Wielkich Katowic 1935/36 r., Katowice 1935.
[15] Spłata domu rozłożona była na 42 lata, oprocentowanie wynosiło 1%. Cena domku wynosiła 16 000 zł, płatnych w stałych ratach miesięcznych po 40 zł. W latach wielkiego kryzysu władze starały się pomóc mieszkańcom obniżając w 1935 roku raty amortyzacyjne za domki dwupokojowe do 30 zł miesięcznie, utrzymując przy tym ceny kupna domów. Co ciekawe, dokument taki, który wysłano na adres Wiktora Kaczmarczyka 28 lutego, zaadresowano z charakterystycznym błędem na ul. Leopolda Czoika 3 w Wielkich Hajdukach.
[16] A. Steuer: Kolonia..., s. 111.
[17] List J. Słomki do Dyrekcji SP nr 24 z 2 II 1985 r. (kopia w posiadaniu autorów).
[18] APKat. UWŚL KB 27, sygn. 2777, s. 160-164.
[19] E. Kopeć: "My i oni" na polskim Śląsku. Katowice 1986, s. 29.
[20] "Rolnik Śląski" 1933, nr 12 (z 19 III).
[21] APKat. UWŚL KB 27, sygn. 2777, s. 5-6.
[22] APKat. UWŚL KB 27, sygn. 2777, s. 2.
[23] K. Czyżewski: Linia powrotu. Sejny 2008, s. 55-64.
[24] E. Szramek: Śląsk jako problem socjologiczny. "Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku" IV. Katowice 1934, s. 24-26.

do góry









































strona 103








































strona 104








































strona 105








































strona 106








































strona 107








































strona 108








































strona 109








































strona 110








































strona 111








































strona 112








































strona 113








































strona 114

główna anthropos? teksty autorzy rada recenzentów dla autorów warsztaty archiwum   english version